rageman.pl
Muzyka

Ray LaMontagne – Trouble

rok wydania: 2004

wydawca:14th Floor

 

o songwriterze plci meskiej wpis kolejny.

historii LaMontagne, kolezki raczej w Polandii nieznanego, to taka cudowna opowiastka o cudownej sile Muzyki, a takze basn pokroju „Od pucybuta do miliardera”. wstretny ojciec, muzykiem jednoczesnie bedacy, tak mu zalazl za skore, ze ten postanowil nigdy nie miec z muzyka nic wspolnego. niedaleko jednak na szczescie pada jablko od jabloni i pewnego razu, wstajac rano do roboty w fabryce butow (czyli, jak wiemy z serialu o Bundy-rodzinie, opcja prawdziwie przejebana) uslyszal w radiu piosenke Stephena Stillsa (tego od  Crosby, Stills, Nash & Young) i tak go ona poruszyla, ze postanowil nie isc do pracy i przerzucic sie na pisanie piosenek. Andersen generalnie wysiada.

i w ogole naprawde fajnie, ze Ray odnalazl swe prawdziwe powolanie i odniosl sukces (dzis omawiamy debiutancki album, najswiezszy – trzeci – dotarl nawet do Top 10 Billboardu), kto zajmuje sie Sztuka musi byc w minimalnej chocby mierze dobrym czlowiekiem. ale ten szum wokol „Trouble” wydaje mi sie lekko niezrozumialy. sympatyczne to olbrzymie, ale do Buckley’a (ktoregokolwiek) to dosyc daleko.

na szczescie poziom Damiena Rice’a tez to nie jest. choc balansuje to na granicy folku i country, czasem te granice przekraczajac, to nigdy nie laduje to w sferze slodkiego pierdzenia dla nieszczesliwych, pseudoalternatywnych lasek w arafatkach. innymi slowy – z piosenek bije szczerosc, Ray jest tru i naprawde cierpi. a przynajmniej jego glos cierpi. bo najwiekszym atutem Ray’a jest wlasnie jego wokal. wprost z bluesowej szkoly, a jednoczesnie na tyle przesiakniety ta na dzisiejszy sposob rozumowana wrazliwoscia, ze i ow arafatki nie przejda obojetnie. jesli cos zbliza Ray’a do klasyki meskiego songwritingu, to wlasnie to co wyprawia z aparatem glosowym.

natomiast jesli chodzi o muzyke… Ray pisze ja sobie calkowicie sam. co wiecej, w sporej czesci ja tez wykonuje (tj. w gitarowo-harmonijkowej czesci). za rytmiczny aspekt plyty odpowiada zas producent plyty, Ethan Johns (Kings Of Leon, Rufus Wainwright). i choc Ray slynie ze swej niesmialosci (brak wywiadow, koncerty bez swiatel itp), to nie mial blokady by zaprosic do wiekszosci z 10 piosenek sekcje smyczkowa, a do jednej z piosenek Jennifer Stills (z tych Stillsow, wiec chyba symboliczna sprawa). i w sumie moznaby wymienic pare jeszcze innych instrumentalnych „smaczkow”, gdyby nie to, ze wlasciwie donikad to wymienianie nie zmierza. bo rzecz w tym, ze ow urozmaicenia maja sens, kiedy sam material jest roznorodny. a niestety, troche nam tu Ray zapodaje klimatem na jedno, cierpietnicze kopyto. brak tu roznorodnosci na miare wczoraj omawianego Rudd’a. troche energetyczniejszy „How Come” sprawy nie ratuje. daloby sie przymknac oko, gdybysmy mieli do czynienia z kapitalnymi melodiami. niestety wyrozniajacy sie track tytulowy czy ascetyczny „Burn” to za malo, a i im brakuje do „Mr. Tambourine Man” czy „Song To The Siren”.

sympatycznie zatem, ale bez wzruszen niestety.

 

najlepszy moment: TROUBLE

ocena: 7/10

Leave a Reply