Rage Against The Machine – Renegades
wydawca: Epic
tym razem nie trzeba bylo czekac dlugo, bo zaledwie jeden rak. ale coz z tego, skoro w momencie wydania bylo juz wiadomo, ze nie ma juz Rage Against The Machine. niemniej jednak jest to epitafium najlepsze z mozliwych.
juz nieraz powtarzalem, ze najbardziej cenie przerobki, ktore nie tylko roznia sie od oryginalu, ale i daja nowa jakosc. i tak jest w przypadku „Renegades”. inna imponujaca rzecz to dobor piosenek. taki, ktory tworzy spojna calosc. bo jesli spojrzymy na liste wykonawcow to mozna sie lekko zdziwic. cypress hill obok bruce’a spiringsteen, devo obok epmd, a mamy jeszcze minor threat i boba dylana. no przyznacie, niecodzienny zestaw. ale to wszystko sa piosenki, w ktorych o cos chodzi, w ktorych jest caly ten Rage, bunt. niezaleznie czy chodzi o prawa czarnoskorych, czy o studentow walczacych na ulicach czy o bunt przeciw… buntowi za wszelka cene.
to tematyczna spojnosc. bo jesli chodzi o piosenki to mamy roznorodnosc. tym razem zamiast brendana o’brien na uslugach producenckich mamy ricka rubina. i to wszystko dobrze brzmi, choc nie ma mowy o jakiejs jednej mysli brzmieniowej, charakterystycznej dla calego albumu. nie szkodzi. bronia sie piosenki.
najspojniej brzmia covery hiphopowych artystow. wlasciwie trudno w ich przypadku mowic o raprocku rodem z debiutu ratm. to po prostu czysty rap, nawet bez rykniecia i podklady na zywych instrumentach. najciekawiej wypada w tym zestawie „how I could just kill a man” cypressow. zupelnie inna bajka to pozostale numery. singlowy „renegades of funk” (oryginal: africa bambaataa) to zdecydowanie najbardziej przebojowa rzecz w ich dorobku. powaznie, jesli kogos nie rwie przy tym numerze na parkiet to prawdopodobnie nie zyje. a zaraz po tym mamy „bautiful world” devo. jak zespol raprockowy moze przerobic elektroniczny, ejtisowy numer? moze np zrobic z niego pierwsza ballade w swym dorobku. a wokalista po raz pierwszy moze ZASPIEWAC.
by bylo jeszcze smieszniej, to z „street fighting man” rolling stonesow zrobiono numer w ktorym slychac jakies echa techno. no naprawde, takie rzeczy to tylko w Erze i Ratm. mamy tu tez znany juz od ’98 roku cover „the ghost of tom joad” springsteena. kapitalna, mroczna rzecz i jeden z najciezszych riffow morello ever. rzecz poblogoslawil sam tworca oryginalu. ale i inni artysci przerobieni na tej plycie mogliby poczynic podobnie. naprawde, swietna sprawa.
dodatkowo mamy w bonusie dwie przerobki w wersji live: „kick out the jams” i „how I could…”. oba z omawianego jakis czas temu „live at the grand olympic auditorium”, wiec w tym drugim slyszymy tez b-reala i sen doga.
najlepszy moment: STREET FIGHTING MAN
ocena: 8/10

