rageman.pl
Muzyka

Queens Of The Stone Age – Lullabies To Paralyze

rok wydania: 2005

wydawca: Rekords Rekords

 

mala przerwa spowodowana komplikacjami technicznymi i imprezowymi, ale juz wracamy do tematu.

mam spory sentyment do tej plyty. to ten album promowali Queensi na moim pierwszym i jak na razie ostatnim spotkaniu z nimi w koncertowych warunkach. nie bede jednak ukrywal, ze pod wzgledem czysto muzycznym stosunek moj juz jest troche chlodniejszy. nawet jesli to wciaz bardzo dobre wydawnictwo.

w kontekscie jego zawartosci dziwic moze sukces komercyjny – najwiekszy chyba w karierze zespolu (pierwszy i ostatni raz dostali sie do Top10 Billboardu). na pewno jednak mozna wskazac „Songs For A Deaf” jako ten album, ktory przygotowal grunt pod ow sukces. a nawet nie tyle album, co nawiazana w jego ramach kolaboracja z Davem Grohlem i masowa wrecz zajawka na promujacego go singla „No One Knows”. nie abym dyskredytowal jakos sama muzyke na nim zawarta – mowimy tu o aspekcie czysto popularnosciowym, a ten rzadzi sie swymi prawami. no, tyle ze samego lidera Foo Fighters juz tu nie ma. wiecej – nie ma zdecydowanej wiekszosci z dotychczasowych wspolpracownikow Homme’a, w tym tego najwazniejszego – Nicka Olivieri. brak Lysego jako wlasciwie jedynego muzyka z tych ktorzy przewineli sie przez ten zespol mogl bardziej znaczaco wplynac na muzyczne (choc wizerunkowe po czesci tez – trudno oczekiwac by Lanegan czy Homme biegali nago po scenie) oblicze zespolu. czy tak sie stalo.

calosc otwiera akustyczna ballada o wszystko mowiacym tytule „This Lullaby”. spiewa Mark Lanegan i fakt, ze to wlasnie jego glos slyszymy jako pierwszy mozna by odczytywac symbolicznie. w koncu o jego odejsciu z zespolu tez bylo troche szumu. a jednak pmimo poluzowania relacji Lanegan, jak sie okazalo, zawsze jest mile widziany na kolejnych plytach Queensow (na nastepnym „Era Vulgaris” tez go uslyszymy). pozniej wchodzi niespelna dwuminutowy „Medication”, ktorego wlasciwie jedyna wartosc stanowi komunikat o swoistym powrocie do korzeni. i to takich najprawdziwszych, siegajacych debiutu. nie to aby Queensi kiedykolwiek porzucili patent motorycznego, transowego walkowania riffu. tyle ze na poprzednim krazku mozna bylo o nim zapomniec za sprawa rownie efektywnej, co efektownej gry Grohla (Joey Castillo jest nie tylko jego godnym nastepca, co na pewno nie szukajacym az tak poklasku). natomiast na skrajnie roznorodnym „Rated R” znajdowaly sie one w mniejszosci. tu tymczasem jest nimi wypelniona praktycznie cala pierwsza polowa materialu. bo jeszcze „In My Head”, „Little Sister” niemal kalifornijsko-punkowo optymistyczny, poprzedzony bluesujaco smutna gitara „Everybody Knows That You’re Insane” czy „Tangled up In plaid” z *przepoteznym* refrenem. oczywiscie to sa relatywnie dosc rozne utwory – QOTSA to wszak nie ACDC. ale jednak laczy je wspolny mianownik, jakim jest kopniak energetyczny jakim kazdy mniej lub bardziej jest w stanie wymierzyc. aha, skoro padlo haslo „blues” – kapitalnie prezentuje sie singlowy „Burn The Witch”, w ktorym chodzi nie tyle o goscinny gitarowo-wokalny udzial Billy Gibbonsa z ZZ Top, co o marszowy rytm z kategorii „genialny w swej prostocie”.

ale jest jeszcze druga czesc materialu. trudniejsza, mroczniejsza, bardziej nawiazujacego do Grimm’owo basniowego konceptu. o ile jeszcze wczesniej dalo sie znalezc kandydatow na przeboj, tak przy tych numerach mozemy takie zamiary od razu porzucic. „I Never Came” to moment rozczulajacy na podobienstwo „Auto Pilot” z „Dwojki”. potem jednak nastepuje wiazanka „Someone’s In The Wolf”/”The Blood Is Love”. lacznie 14 minut, wielokrotne zmiany watkow, pewne teatralne wokalizy (choc zdawkowe) – np Chriss Goss wcielajacy sie w Wilka. dosc fajne, ale jednak w indywidualnym odbiorze. jako czesc calosci zbyt kusza swa otwarta forma do skipowania. tyle ze dalej lepiej nie jest. w tej czesci albumu wyroznilbym „You Got A Killer Scene There, Man…”, z podkladem godnym Toma Waitsa i totalnie nieslyszalnym chorkiem zlozonym z Brody Dalle (The Distillers kiedys, teraz malzonka Homme’a) i Shirley Manson z Garbage. wylamuje sie balladowy „Like A Drug”, tyle ze to bonus do europejskiego wydania plyty.

ciezko zarzucic cos tej plycie – klimat jest spojny w swej niespokojnosci, pomysly na budowanie kompozycji dosc rozne. a jednak nie zachwyca, choc powinno. czegos brakuje… a, juz wiem – Melodii. wiem, ale naprawde nic na ten moj fetysz nie poradze.

 

najlepszy moment: TANGLED UP IN PLAIN

ocena: 7,5/10

Leave a Reply