Queen – Made In Heaven
rok wydania: 1995
wydawca: Parlophone
zostajemy w rockowym klimacie jednak.
wydaje mi sie, ze nigdy na tym blogu nie padla nazwa Queen. i w sumie zaskoczeniem to dla mnie nie jest, bo jakos nigdy nie zalapalem sie na uwielbienie dla tego zespolu. aczkolwiek nie mam watpliwosci, ze jest to jedna z oryginalniejszych kapel jakie stapaly po gitarowym swiecie. calkiem sprawny perkusista, jeszcze lepszy gitarzysta (dla niektorych geniusz – ja pozostaje sceptyczny, choc doceniam unikalny, adekwatny do formuly zespolu, styl), zajebisty basista… no i Freddie Mercury. jesli z obrzydliwosci, jaka jest polaczenie szczerosci rockandrolla z teatralnoscia, da sie wyciagnac cos pieknego, to robil to wlasnie Queen. dlatego dzis tylko o nich bedzie.
pamietam to! listopadowy wieczor ’91 roku, w telewizji trabia o smierci Freddiego. nie mialem wtedy pojecia ktoz zacz, ale zdawalem sobie sprawe ze stalo sie COS WAZNEGO. bo raz, ze to nie zyje prawdopodobnie najlepszy rockowy frontman jakiego ziemia nosila. dwa, ze to przeciez AIDS go pokonal. nie pierwszego, ale na pewno byla to jedna z bardziej znanych jego ofiar. a w miedzyczasie w telewizji smigal klip do wymownego dosc „Show must go on”.
4 lata pozniej ukazuje sie epitafium w postaci „Made In Heaven”. posmiertne albumy to nic nowego. wszak najlepiej sprzedaja sie niezyjace gwiazdy. niemniej to co zrobili panowie z Queen nalezy uznac za wyczyn. bo co innego wyciagnac z szuflady i opublikowac material, ktory zmarly artysta plci meskiej badz zenskiej zdazyl zarejestrowac przed smiercia, a co innego stworzyc piosenki bazujac wylacznie na wokalach. okej, takie numery znaja Ci co sluchaja 2pac’a, ktory chyba sam by sie nie spodziewal, ze moze byc az tak plodnym artysta i doczekac sie tak imponujacej dyskografii. ale jednak, z cala nieudawana sympatia dla pana Tupaca i calego rap movementu, rock to jednak inna pala kaloszy. gdzie jednym z wazniejszych czynnikow jest chemia wytwarzajacymi sie miedzy grajacymi tu i teraz muzykami.
a jednak sie udalo. choc nikt nie ma watpliwosci, ze obcujemy z efektem finalnym spreparowana w studiu, a nie w garazu. zreszta poprzez sample i inne bajery studyjne, a nawet elementy graficzne w booklecie muzycy zdaja sie sami sugerowac taki stan rzeczy. byc moze sugeruja tez pryzmat, przez jaki nalezy patrzec na material z „MIH”. tylko ze ta plyta nie potrzebuje takiej taryfy ulgowej. bo to solidna plyta Queen. spojnie brzmiaca przede wszystkim, ktorej nieobce sa tez eksperymenty nieobce temu zespolowi (gospel w „Let Me Live”, bozonarodzeniowy klimat w „A Winter’s Tale”). kiedy trzeba scisnac patetycznoscia za serce, robia to jak za dobrych czasow kawalkow typu „Who wants to live forever” („Too much love will kill you”). kots potrzebuje takzwanego hardrockowego CZADZIORA? ma repryze „It’s a beautiful day”. jesli zas chodzi o znane i lubiane przeboje – przyznam ze zawsze wybitnie irytowal mnie „You don’t fool me”. lubie taneczne kawalki Queen, ale ten numer traci troche niezamierzona, zdaje sie, wioska. znacznie wiecej uroku ma „Heaven For Everyone”. brzmiacy jak klasyczne Queen, choc to przerobka hitu drugiego zespolu Rogera Taylora. no wlasnie – trafily tu tez numery, ktore powstaly jednak zupelnie w innym miejscu niz niebo. tu cos z solowegodorobku freddiego, tam cos od May’a… no ale wybaczamy. bo dobre piosenki, dobrze wtapiajace sie w towarzystwo innych songow, no i trzeba bylo jednak dobic chocby do tych 45 minut.
szkoda jednak, ze panowie postanowili wydac az 70 minut muzyki, z czego ostatni kawalek trwa 22 minuty i jest pseudoambientowym wyziewem producenta plyty. niesamowite, jak niewiele moze sie dziac w ciagu trwania jednej kompozycji o takiej dlugosci. jesli mial to byc humorystyczny akcent, to okej, choc malo sie usmialem. jesli cos wiecej to sorry, ale nie dostrzegam.
chyba grzechem byloby stawiac „MIH” obok „A night at the opera” czy „Innuendo”, ale to jest kawal dobrej (poza finalnymi minutami) muzy. no i jednak – to jest QUEEN. patrz pierwszy akapit.
najlepszy moment: TOO MUCH LOVE WILL KILL YOU
ocena: 7,5/10