rageman.pl
Muzyka

Primus – Antipop

rok wydania: 1999

wydawca: Prawn Song

 

7 lipca to mi zlecial pod znakiem pogrzebu Michaela Jacksona. niemniej notki na tenze temat nie bedzie. bo glupio relacjonowac (nie mowiac juz o recenzowaniu) czyjs pogrzeb, nawet jesli to postac medialna. poza tym… no… za duze emocje. bo kogo nie ruszyl wystep steviego wondera, ten serca nie ma. naprawde, wzruszylem sie. bo wreszcie (?) do mnie dotarlo, ze Krol naprawde odszedl. chociaz… nie, niewazne.

ostatnie dni, jesli chodzi o ich muzyczny aspekt, zlatuja mi pod znakiem dwoch wykonawcow. wspomniany MJ oraz Faith No More, ze wzgledu na opener’owy wystep ofkors. te rozkminy w drugim temacie przysporzyly mi takiego wniosku, ze jesli chodzi o stricte gitarowa muzyke, to lata ’90te to byl najfajniejszy okres. przynajmnie dla mnie. grunge, indie, nawet ten numetal caly. ale przede wszystkim rzadzily zespoly, ktorych sklasyfikowac juz tak prosto sie nie da. jak faith no more. czy primus, bohater dzisiejszej notki.

jak juz dawalem nieraz temu wyraz, mam solidna zajawe na granie na basie. a takze na muzyke ekhm alternatywna. przez co predzej czy pozniej musialem poznac Primusa i natychmiast go pokochac. tym bardziej ze Primusa nie mozna sprowadzac do postaci Lesa Claypoola i jego Totalnego Wymiatania na basie, choc rzeczywiscie ten aspekt to jakies 70% wartosci tego zespolu. to takze pojebanstwo imidzu (w dziedzinie wideoklipow to bym ich nawet nazwal Jacksonami alternatywy) i kapitalna chemia miedzy muzykami stanowiaca kolejny dowod na to, ze najlepsze rzeczy dzieja sie grajac w trojke. oczywiscie tym „podstawowym” perkusista Primusa juz na zawsze bedzie Tim Alexander, ale jak na moj gust jego nastepca – Brain – sprawowal sie jeszcze lepiej. no i jest jeszcze gitarzysta – Larry LaLonde. swietnie godzacy sie z rola „gitary sekundujacej popisom basu”. a, ciekawostka dla Sulima – typ zakladal Possessed!

z horreodalnym wrecz smutkiem zauwazam, ze kiedy wymienia sie klasyczne plyty Primusa, ani razu nie pada nazwa ostatniego krazka w ich dyskografii, o ktorym dzis mowa. i nawet nie chodzi o to, ze to najswiezsze dokonanie. w koncu 10 lat juz minelo, a „Antipop” wciaz traktuje sie po macoszemu. co pozwala mi uznac te plyte za Jedna Z Najbardziej Niedocenianych Plyt Alternatywnego Rocka Lat ’90tych. a takze, co ja tu bede ukrywac, to takze jedna z moich ulubionych plyt EWER.

bo to bylo tak. po wydaniu „Brown Album”, bynajmniej nie gownianego albumu, zespol znalazl sie w komercyjnej dupie. ratunek nadszedl z zupelnie niespodziewanej strony, bo od numetalowcow. ktorzy zaczeli wymieniac primusa, obok fnm czy beastie boys, za swa podstawowa inspiracje. szczegolnie jeden taki typ, co go kojarzymy po czerwonej czapce z daszkiem. tenze typ zaprosil Primusa na trase Family Values, dzieki czemu fani sporo mlodocianych fanow limp bizkit czy staind moglo dowiedziec sie o istnieniu primusa (pisalismy zreszta jakis czas o tym). i w tychze okolicznosciach, kiedy Primus znow stal sie cool, wydano „Antipop”. komercyjnie wyszlo jeszcze gorzej niz poprzednim razem, ale artystycznie wyszlo zajebiscie. bo pozostajac wciaz Primusem zespol zaczerpnal od numetalowego grania energie (znana takze jako CZAD) i produkcje, dzieki czemu plyta nie tylko wciaz brzmi poteznie, ale i swiezo.

obok zarzutow o koniunkturalny flirt z numetalem (bzdura #1) zarzuca sie „Antipop” za duzo gosci, co niby ma owocowac zbytnim eklektyzmem, czy inaczej rzecz ujmujac – grochem z kapusta. co jest bzdura numer dwa. bo malo jest takich plyt, ktore gromadzac taka liczbe gosci tylko wysysaja z nich to co najlepsze, nie tracac nic z wlasnego soundu. a towarzycho sie zebralo kurewsko zacne. wspomniany czerwonodaszkowy typ, fred durst, produkuje singlowy „laquer head”. zamiast rapowanek miesisty jak sto kebabow refren i rownie soczyste zwrotki. tom morello (rage against the machine, audioslave) produkuje i wspomaga instrumentalnie 3 tracki, dzieki czemu wreszcie w przypadku muzyki Primusa mozna mowic o „riffach” (szczegolnie „mama didn’t raise no fool”.)

jedziemy dalej: „eclectic electric”. 3czesciowa Kompozycja, ponad 8 minut grania, na gitarach pojedynek miedzy jamesem „metallica” hetfieldem a jimem „ex-faith no more” martinem (ci panowie, razem z claypoolem, mieli juz okazje razem pograc na metallikowym „garage inc”). na szczescie zadnego bzdurnego shreddowania, jeno pyszna psychodela. skoro mowa o starych znajomosciach: pojawia sie tu nawet matt stone, tworca „South Park”, ktorego z muzyka nikt dotychczas nie kojarzyl. chlopaczyna odwdziecza sie claypoolowi za temat glowny do jego serialu produkcja kawalka najbardziej osadzonego tutaj w starych czasach spod znaku „surrealistyczny storytelling na tle pochodow basowych”. mniej dziwi obecnosc Toma Waitsa, z ktorym primus trzymal sztame przez cale lata 90te. tym razem panowie popelnili „coattails of a dead man”, brzmiacy jak popelniony przez kapele produkujaca sciezki dzwiekowe dla popisow w cyrku (tekstowo zas to calkiem solidny diss na wdowe po Kurcie Cobainie). waits ogranicza sie do melotronu, wokal zostawiajac claypoolowi oraz martinie topley-bird, ziomalce tricky’ego. ta zas dziewuszka odpowiada takze za rozerotyzowane wokale w „dirty drowning man”, produkowanym przez stewarta „the police” copelanda. kawalek absolutnie genialny. nie chce mi sie udowadniac tego, sprawdzcie to co leci z deezera po prawej.

ta notka juz przekracza granice przyzwoitosci jesli chodzi o dlugosc. a przeciez jeszcze jest sporo kawalkow, ktore nalezy odnotowac. jak kapitalnie rozpoczynajacy sie kawalek tytulowy (perkaaaaaaaa!!!). czy „greet the sacred cow”, ktory nie tylko za sprawa sampla z poczatku utworu ma cos z klimatu Bliskiego Wschodu. czy „ballad of bodacious”…

stop. uwielbiam ten album. stop.

 

najlepszy moment: DIRTY DROWNING MAN

ocena: 9/10

Leave a Reply