rageman.pl
Muzyka

Oysterhead – The Grand Pecking Order

rok wydania: 2001

wydawca: Elektra

 

nigdy nie gralem na powaznie w kapeli. nie mowiac juz o wlasnorecznym jej zakladaniu. nie wiem wiec jakie to uczucie, kiedy jestes w kapeli (dowodzisz nia) przez iles lat, po czym ja opuszczasz (rozwiazujesz) z sobie tylko znanych powodow. przypuszczam jednak, ze jest cos w porownaniu tej sytuacji do rozstania sie z dziewczyna. niektorzy czuja sie jak nowo narodzeni i czas opuszczenia danego zespolu datuje sie jako prawdziwy poczatek kariery tegoz osobnika. znalazloby sie pare przykladow: Peter Gabriel, Robbie Williams, Dr Dre, by wziac pierwsze lepsze przyklady. owszem, i tacy czasem przykombinuja z powrotem do swej pierwszej milosci (mike patton i fnm?), ale zazwyczaj sie wszystko konczy na plaszczyznie przyjacielskiej i po chwilowym tete a tete wracaja do swojego nowego lepszego jestestwa artystycznego. czesciej jednak bywa tak, ze po zerwaniu z ta Najwieksza Miloscia nic nam nie wychodzi, wszyscy Ci przypominaja ze „z tamta (kapela) to byl zwiazek!”, robimy dobra mine do zlej gry anonsujac sie z coraz to nowszymi kapelami/dziewczynami, a w glebi serduszka tesknimy. i w koncu wracamy do tej pierwszej i najwiekszej, czasem nawet wbrew logice. wezmy takiego Wesa Borlanda. z kim on nie kombinowal – Marilyn Manson, Nine Inch Nails, przebakiwalo sie nawet o jego udziale w Kornie czy A Perfect Circle. a koniec koncow koles wrocil i tak do „Biszkopta”.

zmierzam do tego, ze mysle ze i Claypoolowi, pomimo pierdyliarda projektow, najbardziej gra w serduszku Primus i tylko kwestia czasu bylo jak z powrotem skrzyknie najslynniejszy sklad. i dobrze zrobil, czekam tylko na koncert w Polsce (niesmialo zapytam…. Open’er? no bo chyba nie Metalmania?). a jednak trudno zaprzeczyc, ze pare tych pobocznych projektow mu wyszlo.wyroznilbym Oysterheada.

i to nie tylko ze wzgledu na sklad. bo oto kolejna supergrupa w historii muzyki rockowej. bass – Claypool. gitara – Trey Anastasio (Phish). a na perkusji maestro Steward Copeland (The Police). zaczelo sie od spontanicznego jammowania na jakims gigu. odbior byl na tyle jednak zajebisty, ze panowie postanowili pojsc za ciosem. nagrywamy album, jedziemy w trase i rozchodzimy sie w swoje strony. plyta wyszla ostatecznie w 2001 roku i chociaz nie zawojowala ani list przebojow ani rankingow krytykow, to warto o niej pamietac.

na pewno stylistycznie jest to jakas krzyzywka Primusa i Phisha. tego bassu, a przede wszystkim wokalu nie da sie pomylic z nikim innym, a i Anastasio to dosc charakterystyczny typ. rzeklbym nawet, ze bardziej z obcowania z Oysterheadem beda zadowoleni fani tego drugiego. bo brak tutaj pieprzniecia na granicy metalu i funku, a i „przymulonych” klimatow rodem z „My Name Is Mud” brak. no i co najwazniejsze – bass nie wychodzi przed szereg. Claypoolowe klimaty slychac najbardziej w (najlepszym skadinad) „Shadow Of A Man”, ktorego autorem jest, niespodzianka!, Claypool. reszta zmierza zdecydowanie w kierunku psychodeli i otwartych form. w polaczeniu z komiksowym wokalem Claypoola (choc obowiazkami wokalnymi dziela sie wszyscy, nawet Copeland) daje to czasem arcyciekawy efekt.

niby 51 minut muzyki to nie jest duzo, ale bardzo dobrze zrobiloby tej plycie odchudzenie jej z paru ewidentnie nudnych momentow, pokroju „wield the spade” (ewidentnie lepiej wypada pierwsza czesc albumu). ale generalnie – kozacka sprawa. nie sadze, by dalo sie ten jedyny album Oysterhead traktowac jako wprawke przed Primusem. ale moze kogos przekona do Claypoola.

 

najlepszy moment: SHADOW OF A MAN

ocena: 7,5/10

Leave a Reply