rageman.pl
Film

Powrót do tamtych dni

rok: 2021

reżyseria: Konrad Aksinowicz

 

Być może to we mnie jest problem, że zatraciłem zdolność obiektywnego oceniania filmów. Być może kwestia niefortunnych wyborów. Ale po raz kolejny trafiam na film, polski w dodatku, którego jakości nie jestem w stanie ocenić. Nie wiem czy on jest dobrze zrealizowany, zagrany, technicznie zrobiony. Wiem tylko że trafia do mnie jak w sam środek tarczy. I że jest ważny i należy go obejrzeć, chociaż z innych niż w przypadku „Żeby Nie Było Śladów”.

Analogii jest więcej. Tam mieliśmy idealnie odwzorowaną rzeczywistość polskich lat 80-tych, pierwsze minuty „Powrotu…” przenoszą nas do początku późniejszej dekady. I tu akurat, wierzę że wszyscy którzy film widzieli zgodzą się, że robi to w sposób idealny. Jest tu wszystko co sam doskonale pamiętam – ortaliony, wypożyczalnie video, mama zrzucająca bluzę i kanapki z okna, Pewex, „Magia i Miecz” na stole, ładowanie kaset na Commodorze. Nawet katalog i instrukcja Lego z tamtego okresu znaleźli! Zresztą film pierwotnie miał nazywać się „Powrót do Legolandu”, co byłoby o wiele fajniejszym tytułem filmu (może i plakat byłby też mniej mylący…).

Wiemy gdzie i kiedy jesteśmy, czas poznać bohaterów dramatu. Głównym naszym przewodnikiem będzie Tomek Malinowski, uczeń późnej podstawówki. Niepozorny, wyciszony, może nawet odrobinę mazgajowaty – generalnie niespecjalnie się wyróżniający, co tu akurat jest to zaletą, bo łatwiej nam odnaleźć samych siebie w tej postaci. Widzimy następnie kochającą mamę szykującą dla syna obiad. Jest też i ojciec – tyle że na odległość, bo siedzi w USA i przesyła kasety ze swoimi monologami. Jest tam radiowcem i robi karierę, tak przynajmniej mówi. Plan jest taki, by ściągnął rodzinę do siebie – czym oczywiście ekscytuje się Tomek jak i jego mama. Tymczasem pewnego dnia Ojciec nieoczekiwania zjawia się w domu. Jest radość z tego powodu, ale dość płytka, na wierz wychodzą zgoła inne uczucia. Rozczarowanie? Pewnie też. Ale przede wszystkim wyczuwalny jest strach, choć jeszcze nie do końca wiemy co go wywołuje. I w sumie dlaczego – widzimy przecież życzliwego, uśmiechniętego faceta, na dodatek z twarzą Macieja Stuhra a nie jakiegoś Marcina Najmana.

No właśnie – ponieważ film de facto jest teatrem trzech aktorów i w gruncie rzeczy dość epizodycznych ról drugoplanowych, na głównych rolach się skupmy. Trzeba zacząć od Macieja Stuhra – bo to postać przez niego grana przyczyniła się do powstania filmu (reżyser, Konrad Aksinowicz, nie ukrywa że jest to film biograficzny), jest też jego motorem napędowym – film rozwija się wraz z postępującym alkoholizmem Alka Malinowskiego. To nie pierwsza rola alkoholika w kinematografii, tym bardziej polskiej. Pierwszy przykład który na tyle zapadł mi w pamięć, że jako pierwszy przychodzi mi w tym momencie do głowy to nieodżałowany Krzysztof Kiersznowski w „Cześć, Tereska”. Ale wyjątkowość roli Stuhra polega na tym, że chociaż jego postać robi coraz bardziej odrażające rzeczy, to nie tylko wierzymy, ale i wiemy że jego fundamenty odrażające nie są. Tym bardziej że widzieliśmy go na początku po powrocie do Polski. Oczarował na powrót nie tylko rodzinę, ale jeszcze bardziej nas widzów – bo nie wiemy co rodzina wcześniej z nim przeżywała. Kiedy jeden z sąsiadów mówi Tomkowi że jego ojca już nie ma, to jeszcze mniej chcemy w to uwierzyć niż sam chłopak. Pułapka w jaką wpadamy wraz z Tomkiem jest jeszcze bardziej perfidna niż ta, którą alkoholicy zazwyczaj zasadzają na otoczeniu. Bo tutaj nie ma walki z alkoholizmem, we współczesnym jej rozumieniu – ze spotkaniami AA, infoliniami, psychologami, interwencjami policji. Jest za to tworzenie warunków do picia, zmniejszanie dawek, współudział – podszyty nadzieją, że może dawny ojciec się „przebudzi” i będzie taki jak dawniej, jak choćby w tej krótkiej chwili, kiedy Tomek widzi trzeźwego tatę wracającego z pracy, zanim sobie uświadomi że to tylko zwidy. Pułapka perfidna, naiwna, ale paradoksalnie być może Tomek o wiele lepiej niż my zdaje sobie sprawę z tego, że warunkiem by pomóc alkoholikowi jest to, by sam chciał sobie pomóc.

Tomek. Ilu było dobrych aktorów dziecięcych w polskiej kinematografii? Ja, szczerze mówiąc, nie pamiętam żadnego. Dlatego mam ogrom wyrozumiałości dla aktora grającego Tomka, zwłaszcza że to jego debiut. Jego kwestie bardzo często wypadają sztucznie, jednowymiarowo. A jednak jest w tej postaci pewna mądrość, może nawet bardziej wyrażana w czynach niż słowach – i ja w tego Tomka, którego owa mądrość dźwiga na barkach zarówno alkoholizm ojca jak i bezradność matki, wierzę. Ne wiem czy Teodor Koziar będzie grał jeszcze w filmach – nie zdziwiłbym się jeśli nie – ale zdecydowanie za jakiś czas będzie mógł być dumny z udziału w tym filmie.

Nie wiem jaką rolę w życiu twórcy filmu ogrywała matka – być może była tłem jego batalii o (z) ojca(em). A jednak trochę żal, że nie poświęcono więcej miejsca tej postaci. Co czuła? Dlaczego właściwie nie uciekła z synem, skoro właściwie taką możliwość miała. Co ją połączyło z Alkiem? Wierzę, że znalazłoby się więcej miejsca dla tej postaci bez straty dla wartkości dzieła. Zwłaszcza, że kunszt aktorski Weroniki Książkiewicz zasłużył na to.

Bardzo bym nie chciał oceniać tego filmu. Więcej – bardzo nawet nie chcę by ktoś mi uświadamiał jakość tego filmu, nawet jeśli będzie miał cały ogrom pełnokrwistych argumentów. Jestem jednak przekonany, że każdy kto się w mniej lub bardziej bezpośredni sposób zetknął z alkoholizmem w rodzinie odnajdzie tu siebie. Będzie mógł pokazać go komuś, by ten zrozumiał. Jeśli ja miałbym decydować, to pchałbym go do walki oscarowej nawet bardziej niż „Żeby Nie Było Śladów”, którym też się zachwycałem. Ale przewagą „Powrotu” jest jego uniwersalność. Owszem, ten alkoholizm tutaj jest bardzo polski – ma wąsa, meblościankę w tle i rzuca kurwami na lewo i prawo. Ale to wciąż alkoholizm – jedna z największych, wciąż najbardziej niezrozumianych chorób na świecie.

Leave a Reply