Powerman 5000 – Tonight The Stars Revolt!
rok wydania: 1999
wydawca: Dreamworks
okej, zmieniamy klimat. naszla mnie znow na banalne, gitarowe, niemniej wpadajace w cuho granie. nu metal znaczy sie, hahaha.
trudno darzyc jakims specjalnym szacunkiem Powermana (co za nazwa!). niby zaczynali na dlugo przed masowa popularnoscia numetalu na przelomie wiekow (choc dodac tez trzeba ze na tej fali popularnosci wyplyneli, o czym swiadczy sukces ich drugiego, dzis omawianego albumu), dzieki czemu zarzut o koniunkturalnym przebranzowaniu sie odpada. z drugiej strony – pm5k to jedna wielka kopia Roba Zombie. zreszta, z biologicznego punktu wszystko sie zgadza – wokalista ow bandu, niejaki spider one, to mlodszy braciszek bylego wokalisty White Zombie. coz, moze to cos w genach… roznica tylko taka, ze o ile Robercik upodobal sobie horrory klasy B, tak Pajaczek postanowil swoja kapele osadzic w estetyce science fiction. oczywiscie, blizej temu „Star Trekowi” niz „Odysei Kosmicznej”.
z drugiej strony – porownalismy ostatnio metal do horrorow, co pozwolilo mi wlasciwie na nowo zrozumiec i z zachowaniem sporego dystansu polubic ten gatunek. a przynajmniej jego niektore odlamy (swoja droga ostatnio zauwazylem [niekoniecznie na swej podstawie, by nie bylo] ze paradoksalnie wsrod znajomych najlepiej gusta rozwinely sie fanom numetalu czy toola, podczas gdy reszta juz na zawsze zakotwiczyla w blind guardianach i megadeth – przypadek?). no i tworczosc (stara, bo dzisiaj to jakiegos poppunka postanowili uprawiac, heh) powermana to jest taki wlasnie sequel, dajmy na to, Halloween (Rob Zombie kreci nowa wersje, yeah). czyli ciezko traktowac to chocby w najmniejszym stopniu powaznie, na dodatek wlasciwie wszystko to juz bylo, bo to w koncu kopie oryginalu. ale co z tego, skoro fajnie sie tego slucha? okej, nie tak fajnie jak kiedys, ale jednak wciaz? tym bardziej ze nie ma tu totalnych klisz, „Draguli 2” czy innego rip-offu z „Living dead girl”, przez co moznaby mowic o plagiacie. powermani maja wlasne pomysly na przebojaski industrialno-nu-metalowe, ktore rozruszaja kazda rockoteke.
przede wszystkim „When worlds collide”. i tu poleci kolejny plusik w kierunku powermana. znacie Extreme Channel? ogladaliscie kiedys tamtejsze popisy na desce czy bmxach? a slyszeliscie jaka muzyka tam leci? no wlasnie. ja jestem skejtem tylko wirtualnym, katujacym swego czasu dosc mocno gry Tony’ego Hawka. i nie wyobrazam sobie by sluchac w takich okolicznosciach herbiego hancocka, dillinger escape plan czy michaela jacksona, a i hiphop, nawet w oldskulowej odmianie, u mnie proby nie przechodzi. ma byc prosto i do przodu, najlepiej z podbiciem elektronicznym i z gitarami podnoszacymi adrenaline. wypisz wymaluj – tworczosc powermana 5000. bywalo, ze grajac w druga czesc tony hawka ustawialem „When worlds collide” na permanentnym ripicie i nawet po paru godzinach grania (slodkie czasy liceum, eh) nie mialem dosc tego tracka. oczywiscie biednie jest, kiedy ktos ogranicza sie tylko do takiej prostej, „skejtowej” muzyki, ale chyba wielu takich jednostek nie ma. a jak ktos slucha tlyko wyrafinowanej muzyki to wiadomo, ze musi byc konfidentem.
skrzywdzilibysmy ciutenke powermana klasyfikujac ja tylko jako „prosto i do przodu”. tak jest w wiekszosci, ale bywaja momenty, kiedy nie chodzi tylko o podnoszenie cisnienia. jak w singlowym „nobody’s real” czy „automatic”. generalnie rzadzi schemat „przyczajone, spowite elektronicznym bitem zwrotki i atak wokalno-gitarowy w refrenie” (koncowka drugiej minuty „Son of X-51” – eh, wciaz sie jaram), ale bywaja odstepstwa od tejze, jak chocby w „Blast Off To Nowhere” z zaskakujaco w kontekscie nu grania solowka gitarowa i wokalnym udzialem, surprise surprise!, Roba Zombie. zreszta, to nie koniec gosci na plycie. panosza sie oni w dosyc zaskakujacym finale plyty. poczawszy od wspomnianego „Blasta”, poprzez przerobke „Good Times Roll” The Cars (w tle pogrywa sobie dj lethal) a na „Watch the sky for me”. to ze na pianinie przygrywa ginger fish z ekipy marilyn mansona nie zaskakuje jeszcze tak jak to, ze calosc brzmi jak … lounge. szalu nie ma, ale kombinuja chlopaki, a to w swiecie tak prostego grania dosyc cenne.
wlasciwie to ta plyta nie zasluguje na wiecej niz 6,5. ani to oryginalne, a pod wzgledem kompozytorskim trudno nazwac ten sklad bitelsami industrialnego metalu (momenty typu „They know who you are” to straszna mielizna). ale milo odmozdza, przyjemnie reguluje cisnienie krwi i wzmaga mile wspomnienia. na dodatek zadna inna ich plyta nie zasluguje jednak na wieksza uwage, niech wiec maja za dobra rzemieslnicza robote. a poza tym wciaz bede twierdzil, ze w takim numetalowym graniu o wiele wiecej jaja niz w powermetalowych czy blackowych popisach.
najlepszy moment: WHEN WORLDS COLLIDE
ocena: 7/10