Pneuma – Imponderabilia
wydawca: Sounds Great Promotion
elo, po długiej przerwie. cos ciut nowego sie dzieje, ale o tym kiedy indziej. na razie o tym, o czym mi sie najlatwej pisze, czyli o muzyce. tym razem ocenimi rzecz spreparowana przez znajome osoby, wiec nie bede bezlitostny w ocenie. zreszta, wcale nie ma takiej potrzeby.
znacie zespol Pneuma? oczywiscie ze znacie. bo goscili pare razy w Negatywie, poza tym chlopaki z 3miasta. no i takze poza granicami pomorskiego sa juz kojarzeni, zwlaszcza po wydaniu „Jeden” przez My Music. nie wiem czy chlopaki sa zadowoleni z dealu z wytwornia meza, w kazdym badz razie najnowsze wydawnictwo jest self-releasem. co mimo wszystko widac. choc nalezy docenic wlozone serce.
otoz najnowsze ow wydawnictwo to dvd. pierwsze w dlugiej karierze pneumy. a ze chlopaki na zywo miazdza i krusza kosci, to takie wydawnictwo bylo wrecz wskazane. mamy wiec wszystko co sklada sie na wizytowke zespolu – koncert, klipy i nieodzowne filmiki typu prywata.
jako wciaz mimo wszystko zaloga undergroundowe to pneuma zbyt wielu klipow sie nie dorobila. dlatego jednak glowne danie stanowi tu koncert. rzecz nakrecono w tamtym roku w ramach promujacej „Jeden” trasy, ktora objela takze Negatyw. koncert z dvd odbywa sie w jasle. ze gdzie? przyznaje, tez miejscowosci nie znam. ale wyglada na to, ze pneuma wychowala tam sobie niezla publike. z frekwencja problemow nie bylo. inna sprawa, ze byc moze zadecydowaly tez warunki koncertu. otoz sztuka odbywa sie w teatrze. kurtyny wprawdzie nie ma, jednak widac ze nie jest to zwykla sala koncertowa. nie ma to jednak wiekszego znaczenia, bo wszystko odbywa sie jak na normalnym koncercie. stagedivingi, kontakt z publika bezproblemowy… no tak, tylko ze my siedzimy przed telewizorem, wiec troszke oczekiwania inne. no i niestety nie do konca sie udalo przelozyc potege Pneumy na nosnik. oczywiscie, pod wzgledem wizualnym fajerwerkow nie ma, ale tego mozna bylo sie spodziewac. nie, aby panowie stali w miejscu, co to to zdecydowanie nie. po prostu „pulse” it ain’t, jesli wiecie co mam na mysli. natomiast zawodzi dzwiek. tragedii nie ma, jednak chyba mialem wieksze oczekiwania… choc z drugiej strony – wierze ze ekipa (za rezyserie odpowiedzialny byl aberald giza, trojmiejski offowy rezyser od „towaru” chociazby) zrobila wszystko co w ich mocy bylo. i w mocy budzetu.
setlista? bez zaskoczen, przynajmniej dla tych co odwiedzaja ostatnie koncerty pneumy. „ta sama krew” highlightem koncertu. cieszy ze odpuscili sobie prezentowanie na zywo singlowego coveru „living on a prayer” i zamiast tego promuja znacznie bardziej adekwatne i kozackie „fuel” metalliki. oczywiscie numer ten konczy koncert rowniez i tu.
tyle jesli chodzi o koncert. videoklipow czas teraz. w liczbie szesciu. chronologicznie ulozone, progres ewidentnie widoczny. wprawdzie za „widzisz” z 2003 roku jest odpowiedzialny wspomniany aberald giza, jednak razi on banalnoscia wtretow fabularnych. okej, ja rozumiem, ze fani, ich emocje, niech maja swoje 5 minut w klipie. czasem zreszta mozna zrobic cos ciekawego w kategorii „klip z fanami”, vide „nie było” sweet noise. no, tylko ze tam bylo wiecej pieniazkow, mozna bylo ich wykorzystaniem omamic widza. tutaj nie ma budzetu, nie ma pomyslu, nie ma co ogladac. ewentualnie ujecia zespolu. dla odmiany – numer sam jest fajny, ale o tym pozniej. nastepna rzecz pokazuje, ze jednak mozna cos ciekawego nakrecic nie dysponujac wielkim budzetem. „dom”. zespol ukazany w lesie (dzungli?), kazdy z muzykow indywidualnie zmagajacy sie z natura. mila rzecz dla oka. nastepne dwa klipy to juz 2007 rok i czas „jeden”. bardziej fachowe obrazki, ale… ciezko mowic tutaj o klipach promujacych album, bo to co zekranizowano to numery zupelnie niereprezentatywne dla „jeden”. niestety trudno oprzec sie wrazeniu, ze decydujacy glos miala tutaj wytwornia szukajaca przeboju. no i niby spoko. „bez Ciebie” to sliczny, akustyczny numer, jakiego chyhba jeszcze pneuma nie miala. ale miejsce takich numerow jest wylacznie na plycie. gdzie idealnie sprawdzaja sie jako chwila na oddech po metalowym grzaniu. taki song smigajacy na wolnosci po mediach moze jednak spowodowac, ze starzy fani sie zniecheca (zwlaszcza jak zobacza banalny klip krecony w jakims pubie z kikutem &co. zgrywajacych amantow), a nowi wyrobia sobie mylne wrazenie o zespole. nie wiem czy w tym wypadku bilans zyskow i strat bylby korzystny.
podobnie w sumie rzecz sie ma z klipem do wspomnianego „living on a prayer”. doceniam zajebiscie skrecony klip. niby fabularnie nic konkretnego, ale przesympatycznie sie oglada. ale o ile wieksza sile razenia mialoby to z „ta sama krwia”. domyslam sie ze numer bon joviego podpasowal lirycznie. a i muzycznie wystarczylo go minimalnie podrasowac. minimum roboty, a jest hit. szkoda. wiem ze rynek polski wymagajacy jest, ale wole, jak to zespoly rzucaja temu rynkowi wyzwanie.
na koniec videografii dwie ciekawostki. dwie kooperacje z panem co sie Liber nazywa. that’s right, ten sam co ficzuringuje meziowi w „aniele”, „zeby nie bylo”. ten co splodzil „suczki”, a z doniem nuca o „skarbach”. czyli generalnie nie mozna sie czegokolwiek dobrego spodziewac po takim osobniku. tymczasem efekt wspolpracy z pneuma w postaci numeru „towaru” (rzecz promujacca film „towar”, wiec za kamera aberald g.) wyszedl wybornie. dobre jak chyba nigdy zwrotki libera w refrenie i pieprzniecie w refrenie. juz nie pamietam tak dobrej wspolpracy rapu z metalem na polskim gruncie. ten numer ma to cos, czego nie mial peja ze sweet noise – autentyczne polaczenie skladnikow, bez dominacji jednego gatunku nad drugim. brawo panowie.
szkoda ze rownie dobrze nie da sie ocenic klipu „juesej” projektu rio boss. tutaj wlasciwie zwierzecia zwanego pneuma prawie w ogole nie slychac. jest hiphop na zywych instrumentach. to dobrze. zle, ze jest to hiphop Libera na zywych instrumentach. o dziwo, tak jak zawsze tego pana cechowaly melodie jadace po najnizszych gustach, tak tutaj chcial chyba byc ambitny i wyszlo mu cos totalnie bez melodii. bez czegokolwiek. tylko klip dobry, tym razem fachowa robota grupy 13.
no i jeszcze, jak juz wspomnialem, sa tutaj filmiki zza kulis. z powstawania plyt „kokon” (mozna przez chwile ujrzec gebe litzy), „jeden” i z trasy. coz, moze przez to, ze nie sa to dla mnie gwiazdy z telewizora, to te prywatne filmiki autentycznie mnie rozbawily. slynny trojmiejski humor, powiew monty pythona z baltyckim posmakiem, hehe.
najlepszy moment: WIDZISZ
ocena: 7/10

