Player One
reżyseria: Steven Spielberg
Wprawdzie nie piszę na tym blogu o filmach tyle co o muzyce, ale jednak jest to trochę szokujące, że przez te niemal dwadzieścia lat pisaniny nigdy nie znalazł się tu żaden film Stevena Spielberga. A przecież „Jurassic Park” czy „Szeregowiec Ryan” na luzie mógłbym umieścić w mojej topce filmów ever. Z drugiej jednak strony – jak już piszę tu o filmach to raczej tych bieżących, a chyba wszyscy się zgodzą że wszystko co najlepsze Spielberg stworzył w poprzednim tysiącleciu.
Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie że Spielberg jest królem mainstreamowego kina, Michaelem Jacksonem kinematografii. Wzorcem eskapistycznego kina dla wszystkich pokoleń. Tyle że no właśnie – ma to też swoją cenę. Kino SS jest wyzbyte z wszelkiej szorstkości, kontrowersji – bo nawet te trudniejsze filmy w jego twórczości, jak wspomniany „Szeregowiec Ryan” czy „Lista Schindlera” to wciąż rzeczy skrojone pod masowego odbiorcę. Powiedzmy że już nie Jackson, ale Metallica. I to nie jest dla mnie problemem, lubię dobrze zrobiony mainstream w sztuce. Problem jest wtedy, kiedy wpadnie się w pułapkę, gdzie coś miało być dla wszystkich, a powstaje rzecz trochę dla nikogo. I takim przykładem filmu jest „Player One”.
Pewnym usprawiedliwieniem dla Spielberga jest to, że jest to ekranizacja książki. Ale też dobry film to taki, który nawet kiepski materiał źródłowy jest w stanie wywindować do jakościowego poziomu. Nie czytałem dzieła Ernesta Cline’a, ale jeśli jest dobre to tym gorzej to świadczy o interpretacji Spielberga.
Na papierze to mógł być świetny film, który połączy wszystkie pokolenia graczy – tych którzy z łezką wspominają pikselozę na Atari i Commodorze (to ja) oraz tych, którzy dziś spędzają całe dnie na LOLach i Fortnite’ach. I oczywiście jestem przekonany, że jacyś odbiorcy w pełni kupili tę konwencję. Być może powinno się ten film oglądać nie tylko w konkretnych kinach jak IMAX, ale też w konkretnej konfiguracji personalnej – np. ojciec i syn. Ale ja oglądałem ten film sam i mnie zwyczajnie wymęczył. Ponad połowa filmu dzieje się w wirtualnej rzeczywistości – co samo w sobie nie jest złe. Tyle że w pewnym momencie ta wirtualna rzeczywistość zmienia się w sieczkę rodem nawet nie tyle z Marvela, co z Transformersów. I jest tego tyle, że coś co powinno emocjonować zwyczajnie nuży.
Przesyt nie ogranicza się jednak tylko do tych scen akcji. Film, podobnie jak książka, szczyci się tym, że jest przeładowany nawiązaniami popkulturowymi. I nigdy nie sądziłem że to powiem jako fan popkultury, ale nawet i tego było dla mnie za dużo. Tak zwane easter eggi są fajne, kiedy są pojedynczymi przypadkami, nie jedną wielką jajecznicą.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że zabrakło tu samego Spielberga. Owszem, jest on korporacja, podobnie jak Disney chociażby. Ale przecież wciąż te dzieła miały duszę, nie tylko zachwycały rozmachem ale i wzruszały, uderzając w struny niby oczywiste, a jednak mało kto potrafi na nich grać. Spielberga w „Player One’ znalazłem w dosłownie jednej scenie – przez czas jej trwania miałem wrażenie jakby wreszcie Spielberg przebił się przez tę gamingową magmę i pokazał, co znaczą emocje w realu. Jedna scena na dwugodzinny film to trochę mało.
To mógł być wspaniały tribute dla gamingu, dla ejtisów i klimatu retro – czyli wszystkiego co przecież uwielbiam. Powstał multipleksowy zapychacz o wydumanej fabule i tak papierowych postaciach, że równie dobrze można było zminimalizować koszty obsadzając ludzi z polskich programów typu „Pamiętniki z Wakacji”. Osobiście wolę po raz kolejny obejrzeć „Hakerów” albo „Kung Fury”.
najlepszy moment: wspomniana wyżej scena oraz muzyka – jednak te ejtisowe hity zawsze będą mnie robić
ocena: 6,5/10
