Pink Floyd – The Final Cut
rok wydania: 1983
wydawca: Pink Floyd Music Ltd
wczoraj dopelnilem dziela – odebralem uroczyscie dyplom magistra. nawet szaty i te sm ieszne bereciki byly, ktorych nazwy nawet nie chce pamietac. no i w sumie nic w zwiazku z tym. jak i ogolnie z calym tym tytulem magistra. no ale to na inna notke.
poniewaz wczoraj nic nie pisalem, to dzis podwojna notka. jeszcze raz rozprawimy sie z pink floydem. chronologicznie.
wiec po „The Wall” byl „The Final Cut”. pierwotnie to mialy byc piosenki zwiazane z poprzednim albumem, cos a’la „The Wall 2”. w zmianie konceptu pomogla historia. a konkretnie wojenna polityka owczesnej pani premier, Margaret Thatcher. Roger Waters sie wkurzyl i postanowil napisac antywojenny album, dedykowany ojcu, ktory polegl w czasie II Wojny Swiatowej.
dominacja Watersa w Pink FLoyd w tym czasie byla juz kompletna. z zespolem pozegnal sie Richard Wright. David Gilmour udziela sie wokalnie w jednym kawalku (na 12). solowek jego jest ciut wiecej niby, a Nick Mason beni w prawie kazdym kawalku (choc do finalnego „Two Suns In The Sunset” wynajal innego perkmana, co raczej wczesniej sie nie zdarzalo), ale napis w ksiazeczce „The Final Cut: A Requiem For The Post War Dream, by Roger Waters, performed by Pink Floyd” mowi wlasciwie wszystko. to jest solowy album Rogera Watersa. i nigdy go nie zaakceptuje jako wypowiedz artystyczna calego zespolu. tym bardziej, ze sam zespol jest tego samego zdania, a wydanie calosci jako dziela Pink Floyd bylo bardziej decyzja wytworni niz zespolu.
ja rozumiem, ba!, nawet lubie jak zespol sie zmienia, rozwija. nie jestem specjalnym fanem podejscia ac/dc czy iron maiden, nagrywajacych wlasciwie caly czas te sama plyte. ale jesli zespol, ktory wczesniej byl kapitalna mieszanka geniuszu czterech osobistosci (o pierwszej plycie z Sydem zapomnijmy na chwile, ok?) staje sie nagle prywatnym ogrodkiem jednego pana, wykorzystujacy marke zespolu do wlasnych rozrachunkow, to jestem z zalozenia na nie. „The Wall” byl do przelkniecia jako wyjatek, ktory zreszta dzwiekowo sie bronil. ale juz na taka plyte jak „The Final Cut” sie nie zgadzam.
i co z tego, ze jest tu pare fajnych momentow. singlowy „Not Now John” na przyklad. fajnie dynamiczna rzecz, z duetem wokalnym watersa i gilmoura troche kojarzacym sie z „Confortambly Numb” (zreszta echa tego numeru slychac tez w utworze tytulowym). rowniez „The Hero’s Return” jawi sie sympatycznie. calkiem niezla robote odwalil na plycie swietej pamieci Michael Kamen. ale to wszystko ginie w morzu minimalistycznych aranzacji i zgorzknialego glosu Watersa. NIE NIE NIE.
najlepszy moment: NOT NOW JOHN
ocena: 6,5/10