rageman.pl
Muzyka

Pink Floyd: Live At Pompeii

rok wydania: 1972 (reedycja: 2007)

rezyseria: Adrian Maben

 

dwa lata nie bylo tu o Pink Floydach! czas odswiezyc watek.

lubie koncertowe DVD. pewnie, pomimo postepujacej technologii wciaz nie ma co porownywac odbioru takiego koncertu do obcowania z zespolem na wystepie „tu i teraz”. a mimo to mozna to juz traktowac jako jak najbardziej sensowny format, sposob odbierania muzyki – gdzies miedzy zmaterializowana forma typu CD/winyl a uczestnictwem w koncercie. ci, ktorzy z zalozenia stawiaja wyzej tzw prawdziwe koncerty zazwyczaj sie na brak ducha w koncercie zawartym w nosniku dvd/blue-ray. i przyznaje im racje, choc z ciut innego powodu anizeli ten, ktory maja na mysli. otoz zdecydowana wiekszosc koncertow na dvd to wlasciwie nic tylko czysty zapis. pol biedy kiedy zespol ma naprawde atrakcyjna prezencje sceniczna. ale w przypadku np gwiazd indie rocka to wyglada to dosc biednie.

moje pytanie brzmi – dlaczego nie kreci sie juz takich koncertow jak „Koncert w Pompejach”? wlasciwie to czy mozna mowic tu jeszcze o rejestracji koncertu, czy raczej nalezaloby uzyc sformulowania „film muzyczny”? o tym drugim mogloby swiadczyc to, ze rzecz pokazywano w kinach i to z niemalym powodzeniem komercyjnym. ok, niby dzis tez mozna trafic na projekcje koncertow w Multikinach itp. ale tak szczerze – czy chodzi ktos na nie poza wielbicielami danych artystow? nie sadze.

pomysl na Pink Floydowy koncert byl genialny w swej prostocie – umieszczamy zespol w jakims klimatycznym miejscu, gdzie oddaja sie graniu tylko dla wlasnej egoistycznej przyjemnosci, bez jakiejkolwiek publiki (pomijajac oczywiscie ekipe rejestrujaca). padlo na ruiny w Pompejach. moze dla takich dzwiekow bardziej pasowalaby jakas stacja kosmiczna, ale ten antyczny klimat tez robi mocarne wrazenie (choc kosmiczny klimat w obrazie i tak sie tu wdarl, ale o tym za chwile). choc gwoli scislosci to nie wszystkie numery zarejestrowano w Pompejach. czesc dogrywano w Paryzu, za pomoca czegos co w filmie nazwano „przednia projekcja” czy jakos tak. w praktyce – zespol przygrywa na tle projekcji filmowych pokryajacych cala powierzchnie obrazu. fakt, dzis to wyglada to ciut archaicznie, ale i to sklada sie na niesamowity klimat projektu.

w filmie pada sentencja z ust jednego z muzykow, ze caly ten sprzet jakim dysponuja jest tylko srodkiem w uzyskaniu konkretnych zamiarow artystycznych, a nie celem. samo dysponowanie gitara nie uczyni z Ciebie Claptona… i na tej samej zasadzie mozna potraktowac formalny wymiar tego dziela, caly ten Pompejowy kontekst. najwazniejsza w koncu jest Muzyka. zamiast sie rozpisywac o kazdym z kawalkow powolam sie na moj ulubiony fragment, „A Saucerful Of Secrets”. w ktorym zanim nastapi przepiekna, poruszajaca czesc z wokalizami Gilmoura najpierw panowie serwuja nam kilkuminutowy instrumentalny odlot. jesli ktos sie mnie spyta jakbym zdefiniowal muzyczne Bossostwo odpowiem – Pink Floyd, koncert w Pompejach. jesli ktos mnie sie spyta co rozumiem przez sformulowanie „tworczy szal”, wskaze mu wykonanie tej wlasnie piosenki na tym wlasnie koncercie. a moment, w ktorym Waters bije w gong na tle zarzacego slonca – ABSOLUT. sporo tu poetyckich scen, czasem moze i patos sie wkrada, ale ani razu pretensjonalnosc, jaka pamietam z „Song Remains The Same” innch herosow tamtej dekady, Led Zeppelin. no i na podsumowanie zawartosci muzycznej tego wydawnictwa – tu naprawde KAZDY numer sie liczy w walce o tytul najbardziej zajebistego wykonania. tak, rowniez „Mademoiselle Nobs” z „psim” bluesem.

warto nadmienic, ze ten film mial trzy wersje. w pierwotnej wersji z ’72 roku, pokazywanej w kinach, to byl sam zapis wloskiego koncertu. dopiero dwa lata pozniej rezyser postanowil poprzeplatac ten zapis scenami „bekstejdzowymi” oraz ze studia, gdzie panowie wlasnie nagrywali „Ciemna strone ksiezyca” (choc tak naprawde to aktorska sciema – material byl juz dawno zarejestrowany i znajdowal sie aktualnie w fazie mixow). ciekawie wypadaja wypowiedzi samych muzykow – widac i slychac, ze ten zespol to uspiony wulkan, ktory tak jak Wezuwiusz juz niedlugo mial wybuchnac. jesli zas chodzi o „Wersje rezyserska”, o ktorej dzis rozmwiamy, to zmiany sa wlasciwie kosmetyczne. w genialne wykonanie „Echoes”, ktory podzielono na czesci rozpoczynajace i zamykajace calosc, wpleciono sceny startu promu kosmicznego oraz komputerowo wygenerowane animacji wybuchu wulkanu (troche archaicznie wygladajace niestety – wyobrazcie sobie „futurystyczna” grafike gier komputerowych z poczatku lat 90tych, a bedziecie mieli wstepne pojecie). na szczescie dla tych, ktorzy darza sentymentem pierwsza wersje, jest ona umieszczona w dodatkach. jak rowniez wywiad z rezyserem (dosc ciekawie gada), plakatami i artykulami z epoki, fotkami itp.

wybaczcie, ale sen juz mnie troche bierze we wladanie. mam nadzieje ze choc troche Was jednak przekonalem, ze to Najlepszy Film Koncertowy W Historii Muzyki.

 

najlepszy moment: A SAUCERFUL OF SECRETS

ocena: 9,5/10

Leave a Reply