Phil Collins – Going Back
rok wydania: 2010
wydawca: Atlantic
zostajemy przy retro soundzie i odswiezaniu starych watkow.
jak juz kiedys wspomnielismy, powiedziec ze Phil Collins jest passe to jak nic nie powiedziec. w pewien sposob przypomina mi on casus Stinga. od zdobywania respektu poprzez gre w uznanej kapeli po totalna zmiane muzycznego frontu w ramach solowej kariery i utoniecie w morzu komercji totalnej, zdolnej poruszyc serca i ledzwia tylko stetryczalej czesci targetu Trojki i niedzielnych fanow muzyki. roznica tylko taka, ze Sting zamienill punkregalowanie w The Police na smoothjazzowe slodkiego pierdzenie, a Collins porzucil progresywny rock (uprawiany w Genesis, oczywiscie) na rzecz popu z domieszka soulu i r’n’b.
no ale wlasnie, czy porzucil? najnowszy album jest reklamowany jako powrot do korzeni, a moze raczej – oddanie im holdu. a biorac pod uwage fakt, ze to najprawdopodobniej ostatni album Łysego (zreszta biorac pod uwage jego powazne problemy z kregoslupem samo ukazanie sie „GB” mozna poczytywac za sukces), to nalezaloby wrecz mowic o zatoczeniu kola. oto ja i moje pierwsze zajawki, zanim zaczalem pompowac progresywny balon z Gabrielem i spolka.
no tak, ale ze od razu pop w najczarniejszym mozliwym wydaniu, rodem z Motown? co bialasek z londynu ma wspolnego z labelem, ktory wydal na swiat Stevie Wondera, Diane Ross i Michaela Jacksona? ano ma, co juz sygnalizowal wielokrotnie wczesniej – najlepszy dowod „You Can’t Hurry Love”, ale i mnostwo pomniejszych, mniej popularnych przykladow. tym razem Collins poszedl na calosc, rejestrujac, bagatela, 25 utworow z okresu swietnosci legendarnej wytworni.
ale na zwyklym odegraniu piosenek sie nie skonczylo. oczywiscie za wokal i perkusje odpowiada sam glowny bohater, jednak jako sidemanow zaprosil m.in. Funk Brothers, czyli muzykow, ktorzy kladli sciezki instrumentow na wiekszosci oryginalnych wersji tych utworow. i razem popelnili covery wierne oryginalom niemal do przesady. wiecej – zadbano nawet o odpowiednia dlugosc (a raczej krotkosc) utworow i brzmienie nie majace nic wspolnego z tym co dzialo sie w dziedzinie produkcji przez… 40 lat? cholera, mam nawet wrazenie jakby to mono jakies bylo.
automatycznie jednak nasuwa sie na mysl stare porzekadlo, mowiace o tym, ze adaptacje albo sa wierne, albo piekne. i niestetu, tu jest podobnie. a tak wierne odwzorowanie oryginalu moze tez nawet kojarzyc sie z totalnym niewypalem o nazwie „Psychol”, czyli eksperymencie Gus Van Santa bioracego na warsztat klasyk Hitchcocka.
oczywiscie, przy takiej wiernosci oryginalom nie bylo mozliwosci zepsuc magii melodii oryginalow. i jest tu sporo fragmentow, ktore automatycznie wpadaja w ucho nawet w takich wersjach. jak przede wszystkim otweirajacy album „Girl (Why You Wanna Make Me Blue)”, „Jimmy Mack”, „Dancing In The Street” czy funkowy klasyk, tutaj – zgodnie z oryginalem – wyjatkowo trwajacy ponad 6 minut „Papa Was A Rolling Stone”. z drugiej strony – taki „Never Dreamed You’d Leave In Summer” wciaz chwyta za serce. choc na pewno nie w takim stopniu jak wykonanie autora oryginalu, Wondera, podczas uroczystosci pogrzebowej Jacko. jak wlasciwie tez jakiekolwiek jego wykonanie… no wlasnie. coz po wiernosci w warstwie instrumentalnej, skoro, nie ma co sie oszukiwac, Collins to zaden Wonder czy Marvin Gaye. choc nie jest powiedziane, ze dla kogos wokal Collinsa nie moze byc najcudowniejszym na swiecie.
dla mnie zdecydowanie nie jest. dlatego z sympatii dla idei projektu (ciekawe, Sting tez w tym roku zaskakujaco mile poodcinal kupony z symfonikami) i samego Collinsa stawiam jemu pozegnalnej plycie taka a nie inna ocene. jak jednak chlopak okaze sie sciemniaczem i znow cos nagra, to zrewidujemy cyferki ponizej.
najlepszy moment: GIRL (WHY YOU WANNA MAKE ME BLUE)
ocena: 7,5/10