Peter Gabriel – OVO
wydawca: Real World
warszawa mnie jednak przeraza ciut. kocham 3miasto.
okej, a teraz meritum. wszyscy pamietamy ten rok. 2000. wszyscy oczekiwali konca swiata lub, w najlepszym wypadku, ze komputery pierdolna. nic takiego sie nie stalo (niestety?), ale przynajmniej pozostalo po tym okresie sporo ciekawych wytworow artystycznych. niektorzy popadali w dekadencje, inni oczekiwali na jakis pozytywny przelom w dziejach swiata, byly tez podsumowania tego co sie wydarzylo przez ostatnie dwa tysiace lat. tym ostatnim tropem poszedl na „OVO” dawno nieomawiany tutaj Peter Gabriel.
nie do konca typowa to plyta w dyskografii tego i tak dosyc niekonwencjonalnego typa. otoz zamowiono u niego muzyke do przedstawienia wystawianego na milenijna okazje. a ze Gabriel jest ceniony rowniez za muzyke tworzona na zamowienie („Ptasiek”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”), wiec oczekiwania byly calkiem spore. efekt finalny wiekszosc ludzi rozczarowal. co ciut mnie dziwi. bo owszem, i tutaj slychac, ze najlepsze co Pan Piotr mial do zaoferowania, wydal na plytach z lat 80tych. ale „Ovo”, choc rewelacji nie ma, naprawde jest okej.
po raz kolejny slychac, ze w dziedzinie aranzacji Piotrek osiagnal absolutne bossostwo. didgeridoo, skrzypce, syntezatory, konga, mandolina – to i tak najbardziej typowe tu instrumenty, bo wiekszosci nazw nawet nie jestem w stanie przetlumaczyc na jezyk polski. jeszcze wiecej tu luda, ktore na tych instrumentach pogrywa. wiekszosc to oczywiscie nazwiska z kregu world music, w ktorym przez ostatnie dwie dekady Piotrek zdazyl konkretnie sie zanurzyc. jest tu jednak pare nazwisk, ktore zaintryguja masowego odbiorce, jak skrzypek Shankar, miszczunio elektroniczny BT czy geniusz bassu Tony Levin. przede wszystkim, zgodnie z teatralnym konceptem calosci, sporo tu wokalistow. m.in. hippis Richie Havens, Paul Buchanan (The Blue Nile) czy przede wszystkim nasza stara znajoma, cudna Lisa Fraser (Cocteau Twins). samego Piotrka takze slychac.
no dobrze, a same kompozycje? bywa roznie. najciekawiej dzieje sie w srodku plyty. przede wszystkim „The Power That Ate People”. Gabriel zawsze wybiegal ze swoimi dzwiekami do przodu, tutaj jednak zdecydowanie slychac XXI wiek. industrialna wrecz rzecz, choc jakby slychac tez Genesis. nastepnie przechodzimy przez miniaturki „Revenge” (drrrruuuuummmmmsssss), „White Ashes” (pod numerem spokojnie moglby sie podpisac niejaki Trent Reznor) do „Downside-Up”. to juz nie mniej efektywna, Gabrielowa szkola pisania ballad imienia „Don’t Give Up”. porownanie do hitu sprzed lat nieprzypadkowe, bo tu tez slychac duet – Buchanana wspiera CUDNA Fraser.
bronia sie jeszcze patetyczne w granicach dopuszczalnosci grande finale „Make Tomorrow” i „The Time Of The Turning”. w pozostalych przypadkach juz bywa nudniej, co probuje sie zakryc wybujala forma.
zapewne lepiej ta muzyka wypada z wizja. chociaz w „golej”, stricte dzwiekowej wersji tez jest bardzo przyzwoicie.
najlepszy moment: THE TOWER THAT ATE PEOPLE
ocena: 7,5/10
