rageman.pl
Muzyka

Laurie Anderson – Strange Angels

rok wydania: 1989

wydawca: Warner

 

mowi sie, ze muzycy sesyjni to rzemieslnicy, a nie artysci. w sensie, ze potrafia odegrac cos zajebistego, moze w kategorii obslugiwanych przez nich instrumentow potrafia sie wykazac bossostwem, ale kompozytorzy z nich zadni. a skoro nie sa kompozytorami, to i artystami nie mozna ich nazwac. BZDURA. nie chce juz mi sie rozwodzic sie nad tym, dlaczego czesto jest zgola inaczej. powiedzmy wiec tylko, ze nazywanie Tony’ego Levina rzemieslnikiem to czyn, za ktory powinno sie zsylac do kamieniolomow. facet mial po prostu to nieszczescie w szczesciu, ze tyle ludzi chcialo miec go na swej plycie, ze zostal zakwalifikowany jako muzyk sesyjny. zajmijmy sie wiec kolejnym artysta, ktory chcial z nim grac. zreszta, zostajemy w rodzinie – Anderson goscila u Petera Gabriela na „So”.

bynajmniej nie przemawia przeze mnie jakies poczucie wyzszosci stwierdzajac, ze pewnie malo kto czytajacy tego bloga kojarzy te pania. co nie dziwi. bo to przede wszystkim performerka, w dalszej kolejnosci pani muzyk. i tak dobrze, ze nikt nie mysli o niej jako „typiarze Lou Reeda”.

no wiec pani Laurie po latach zajmowania sie wystawami i zadawania sie z typami pokroju Warhola w latach 80tych skierowala sie ku muzyce. a pod koniec tejze dekady postanowila wrecz stworzyc cos mainstreamowego. efekt: „Strange Angels”. oczywiscie wyszlo polowicznie. bo oczywiscie, aranzacyjnie jest to wypasiony pop po linii Gabriela czy Bowiego. gosci tu od groma – poza wspomnianym Levinem slychac Lise Fischer (to ta zajebista czekoladowa pieknosc od chorkow u Rolling Stones), Steve Gadd’a, nowave’owiec Arto Lindsay czy Bobby McFerrin. ale wokal Anderson przekreslil jej wlasciwie jakakolwiek mozliwosc na poszalenie na listach przebojow. najbardziej eksperymentalny na tej plycie jest de facto spiew Anderson. z jednej strony – piekna barwa. ale technika, artykulacja, teatralnosc… po angielsku by to mozna nazwac „disturbing”.

nie aby ze mnie byl jakis awangardowiec, ale dla mnie to wlasnie aspekt wokalny jest tu najciekawszy. tlem nawet nie wypada nazywac pracy tej calej gromady instrumentalistow. ale jednak po wylaczeniu sciezki wokalu srednio byloby na czym zawiesic ucho. moze utwor tytulowy, ktoremu najblizej do tradycyjnej piosenki pop (swoja droga – cudna rzecz)? moze „karaibski” Baby Doll? dorzucamy jeszcze „Beautiful Red Dress” i tyle w temacie muzyki. posluchajmy lepiej, co wyczynia ta babka z glosem w „The Day The Devil”.

Andreson jakichs wielkich rzeczy w muzyce nie dokonala. ale jednak jest to Osobowosc, ktora wypada znac. wiec zapoznawanie sie polecam zaczynac od „Strange Angels”.

 

najlepszy moment: STRANGE ANGELS

ocena: 7,5/10

Leave a Reply