Pat Metheny – Bright Size Life
rok wydania: 1976
wydawca: ECM
uwaga dzieciaki, zaczynamy dzis nowy cykl – Pat Metheny. zaproscie znajomych jazzfanow, zlapalem zajawke.
z tym Patem to ciekawa sprawa. malo ktory artysta na swiecie (byc moze zaden) moze pochwalic sie tym, ze za kazdy kolejny album dostaje Grammy (okej, uscislijmy – chodzi o Pat Metheny Group, ale jednak). a mimo to, choc w swiecie jazzu zaskarbil sobie szacun u wielu, to w swiecie popkultury go absolutnie nie ma. przypuszczam, ze jesli jacys statystyczni amerykanie kojarzyliby nazwisko Milesa Davisa (a tez pewnie nie jest to oszolamiajaco liczna grupa), tak wsrod tej samej grupy Metheny’ego zapewne kojarzylaby jedna na dziesiec osob.
byc moze dlatego, ze ciezko troche postawic nazwisko Metheny’ego w jednym rzedzie z Davisem czy Mingusem. choc na pewno jest to jeden z charakerystyczniejszych gitarzystow, nie tylko w kategorii „jazz”, to jesli chodzi o jego wydawnictwa slowa „geniusz”/”genialny” nie cisna tak prosto sie na usta. swietne – tak. bardzo dobre – tak, dosyc czesto. ale ktos potrafilby wymienic bezproblemowo jakis „klasyk Pata Metheny’ego”? mogloby byc ciezko. inna sprawa, ze nie kazdy tez lubi taka lagodniejsza wersje jazzu, jaka uprawia Pat.
(prawda jest tez jednak taka, ze wciaz w swiecie jazzu poruszam sie ciut po omacku, wiec jesli ktos uzna ze pierdole glupoty – przyjme ten diss z pokora.)
inna sprawa, ze ostatnie slowa z poprzedniego akapitu troche nie pasuja do zawartosci „Bright Size Life”. debiut Pata, ktory mial w momencie jego wydania zaledwie 22 lata, a juz byl uznawany za nadzieje muzyki jazzowej. jeszcze bez szyldu „Pat Metheny Group”, za to z dwoma kapitalnymi muzykami na pokladzie – Mistrzem Jaco Pastoriusem na bassie i rozszalalym Bobem Bosesem na perkusji. i choc juz mozna wylapac wiekszosc charakterystycznych elementow, ktore beda skladac sie na to, co rozumiemy przez „styl Pata Methenyego”, tak same kompozycje momentami wrecz nijak maja sie do tego, co bedzie on uprawial np z Jopkowa Anna Maria. krotko – Szalenstwo tu slychac. i dlatego mi sie bardzo podoba co tu slysze. zwlaszcza ze lubie, gdy w tego typu formach jest jak najmniej muzykow. tu wszystko zalezy od wczesniej wymienionej trojki jegomosci i ich trzech instrumentow. zadnych dodatkowych pierdol, nikt inny sie nie wtraca.
i choc jestem zdania, ze jazzu, zwlaszcza w takiej formule, najlepiej sie slucha na zywo, to warto posluchac „BSL”.
najlepszy moment: MIDWESTERN NIGHTS DREAM
ocena: 8/10