Oppenheimer
reżyseria: Chrstopher Nolan
Miało paść radio – nie padło. Miała paść telewizja – nie padła. Po Covidzie wieszczono śmierć kina – ale jak pokazał ten weekend, nie tylko nie padło, ale być może był to moment jego największego tryumfu od przynajmniej kilku dekad. Bo oto tego samego dnia zaplanowano premierę dwóch diametralnie różnych, ale w równym stopniu wyczekiwanych filmów. Potyczkę tę świat zapamięta jako „Barbieheimer”. Choć wielu kinomanów rekomendowało mini-maraton, ja zdecydowałem się na jeden film – i ze względu na wieloletnią sympatię do Christophera Nolana wybór padł na „Oppenheimera”.
W historii świata można się zapisać na różne sposoby, także negatywne – w końcu trochę tych zbrodniarzy i dyktatorów na przestrzeni tysiącleci mieliśmy. Ale jak zakwalifikować kogoś, kto swym dziełem życia przyczynił się nie tylko do śmierci setek tysięcy osób, ale też zagroził istnieniu naszej planety jako takiej – a jednocześnie ludzkość wcale nie ocenia go jednoznacznie negatywnie? Oto historia J. Roberta Oppenheimera, twórcy bomby atomowej.
Być może największy paradoks tego filmu polega na tym, że jest on jednocześnie najbardziej i najmniej Nolanowski. Z jednej strony – jeśli ktoś miał przenieść na wielki ekran tę historię, to musiał być to Nolan. W końcu kto lepiej pokazałby efekt dzieła Oppenheimera, niewyobrażalny zakres zniszczeń jaki on może nieść, jak nie aktualne jeden z najlepszych specjalistów od wielkoformatowości, człowiek który wręcz patrzy na świat IMAXem? A jednocześnie – i tu być może zdradzę największy plot twist tego filmu – budowa bomby atomowej to zaledwie połowa tego filmu. Co się więc dzieje w drugiej? Gadanie. Mnóstwo gadania. Jeszcze więcej gadania. A co najistotniejsze – to gadanie ma miejsce w zamkniętych pomieszczeniach, w tym w pokojach mogących pomieścić max kilka osób. Ale być może właśnie w tej części objawia się geniusz Nolana, ten który różni go od Michaela Bay’a i innych ekspertów od eksplozji w kinie. Tu widzimy Nolana-wizjonera, Nolana zadającego fundamentalne pytania, Nolana-humanistę – jednym słowem Nolana nie tylko tego z „Incepcji”, „Interstellar” czy „Prestiżu”, ale tego z czasów najwcześniejszych, w tym równie wspaniałego co skromnego „Memento”. Jest sztuką zalać widza morzem dialogów, wątków, postaci połączonych siatką powiązań których człowiek nie jest w stanie rozgryźć bez zapoznania się z nimi przed lub po seansie kinowym, by ten zamiast mętliku w głowie czuł cały czas napięcie. Jest to efekt niemal Lynchowski – już nie mam pojęcia co się dzieje i kto jest kim, ale wchodzę w ten świat w pełni.
Świat, który jest perfekcyjny na każdym etapie realizacji – od reżyserii, przez montaż i obraz, kończąc na muzyce i aktorstwie. Lista płac jest tu PRZEPOTĘŻNA – a jednocześnie wcale nie mówimy o obsadzie A-listowej, takiej której nazwiska gwarantują sukces kasowy. Włącznie z odtwórcą głównej roli – dość powiedzieć, że dla Cilliana Murphy to pierwsza główna róla w mainstreamowym filmie. Swoją drogą, ten angaż sam w sobie jest piękną historią. Jeden z najbardziej charakterystycznych aktorów w branży, najczęstszy współpracownik Nolana, wreszcie dostaje od reżysera szansę roli pierwszoplanowej (i mówimy tu o naprawdę pierwszym planie – na trzy godziny filmy Murphy’ego widać w na moje oko jakichś 90% filmu) – i wykorzystuje ją w pełni. Jest tu szaleństwo geniusza, a jednocześnie empatia i przerażenie własnym dziełem. W pełni oddana ambiwalentność tej postaci – tej, która przecież nigdy nie wcisnęła guzika decydującego o zagładzie Hiroshimy i Nagasaki, ale też tej która doskonale znała przeznaczenie swego dzieła – i która nigdy za nie nie wyraziła publicznie skruchy. Jeśli to nie jest przepustka dla Murphy’ego do Oscara to już nie wiem co mogło by nią być. Ale czy może to być jedyny „aktorski” Oscar dla „Oppenheimera”? Niekoniecznie. Bo jest tu też fenomenalny Robert Downey Jr. jako Lewis Strauss – który pokrótce był dla Oppenheimera tym, kim Antonio Salieri dla Wolfganga „Amadeusza” Mozarta.
Czy „Oppenheimer” ma zatem jakieś wady? Na papierze – nie. I być może, jakkolwiek to nie zabrzmi, jest to jego największą wadą. Jest to film tak dopieszczony, tak potężnie zrealizowany, że aż w swej potędze nieludzki. I być może tutaj po raz kolejny się potwierdza, że „imponuje” to niekoniecznie to samo co „zachwyca”. Owszem, „Oppenheimer”, podobnie zresztą jak ostatnie filmy Nolana czy grającego w bliźniaczej lidze Denisa Villeneuve’a, to niezbity dowód że Sztuka i Mainstream mogą iść w parze. Koncert na stadionie też może dostarczyć wielu emocji. Ale ja esencję relacji odbiorca-twórca odczuwam kiedy jestem jednym z jednego tysiąca, a nie z kilkudziesięciu tysięcy. I dlatego wciąż bliższy mi będzie „Memento” niż „Oppenheimer”. Co nie zmienia faktu, że ten drugi to najlepszy Nolan od lat, a przynajmniej od „Mrocznego Rycerza”.
najlepszy moment: ale jak już wybucha ta bomba… majestat
ocena: 8,75/10
