In Memoriam: Sinéad O’Connor (08.12.1966-26.07.2023)
Jakie to smutno symboliczne. W roku, kiedy dla większości osób runął pomnik Karola, Który Został Papieżem umiera ta, która jako jedna z pierwszych osób – a być może pierwsza jeśli chodzi o artystów mainstreamowych – ten pomnik podważyła. I nie tylko nie doczekała się podziękowań za to. Nigdy nie została przeproszona za to, jak ją potraktowano po tym wydarzeniu.
A zaczęło się to wszystko wspaniale, bo od debiutanckiej płyty „The Lion and The Cobra”. Płyty która wraz z dokonaniami Kate Bush oraz, w ciut mniejszym stopniu, Tracy Chapman i Tanity Tikaram przecierała szlaki dla wysypu równie utalentowanych co niepokornych wokalistek w następnej dekadzie. Tu już słychać tę mieszankę czystego popu i muzycznego eksperymentu, jakimi w różnych proporcjach tych składników będą stały albumy choćby takiej Tori Amos czy Bjork, ale zawsze spowitych charyzmą, kobiecą wrażliwością oraz oczywiście wybitnym wokalem głównej bohaterki. Taki jest cały album, takie są najwspanialsze single promujące z „Troy” na czele.
A przecież potem było jeszcze lepiej, a na pewno pod względem sprzedażowym. Bo wraz z drugim albumem, „I Do Not Want What I Haven’t Got” pojawił się ten singiel – jeden z największych hitów lat 90tych, jedna z najwspanialszych ballad oraz jeden z najlepszych coverów (jakby ktoś nie wiedział, autorem jest Rogers Nelson, znany także jako Prince). Za sprawą „Nothing Compares 2 U” świat był u stóp zaledwie dwudziestokilkuletniej, wygolonej na łyso Irlandki.
I wtedy wydarzył się ten występ w Saturday Night Live.
Czy kariera Sinead potoczyłaby się inaczej gdyby nie podarła wtedy tego zdjęcia JP2? Być może nie, wszak już wcześniej podpadała różnym decydentom branży muzycznej – a to wkurzyła Rogera Watersa kiedy ten wystawiał „The Wall” w Berlinie po upadku Muru, a to Frank Sinatra chciał jej „skopać tyłek” za odmowę wykonania hymnu amerykańskiego. Przy tym wszystkim prośba o wycofanie jej nazwiska z nominacji do Grammy to mały pikuś. Trudno jednak nie mieć wrażenia, że kariera Sinead po tym telewizyjnym występie zaczęła wypadać z torów. Eksperymentowanie z reggae czy muzyką korzeni nie jest oczywiście niczym złym, zwłaszcza że przeplatała to bardziej konwencjonalnymi albumami (oraz wybitnymi featuringami, jak ten u Massive Attack na „100th Window”). Tyle że coraz mniej słuchaczy to interesowało. Za to coraz więcej było tabloidyzacji – a to przepychanki medialne z Miley Cyrus, a to zmiany nazwiska czy inne coming outy. Przede wszystkim jednak najważniejszym tematem stała się dwubiegunowość i depresja. Do tego stopnia, że kiedy tylko na social mediowych feedach wyskakiwało mi zdjęcie Sinead to rosła obawa, że mogło wydarzyć się najgorsze. Aż w końcu się wydarzyło.
Zazwyczaj w takich przypadkach mówi się o twórczości która zostaje z nami na zawsze, wkładzie w historię sztuki itp. I to wszystko prawda. To co jednak mi się najbardziej teraz marzy to Rehabilitacja. I przeprosiny, choć powinny wydarzyć się znacznie wcześniej.