rageman.pl
Muzyka

OPM – Menace To Sobriety

rok wydania: 2000

wydawca: Atlantic

 

okej, zostajemy przy muzyce lekkiej prostej i przyjemnej, heh.

jak doskonale pamietamy, przelom wiekow to byl czas hegemonii numetalu, laczenia rapu z metalem, rockiem i oczywiscie z popem, skoro chodzilo tez o to, by te mieszanine stylow sprzedac. absolutnie nie zamierzam gatunku dyskredytowac. naturalna kolej rzeczy, ze masy musza zlapac zajawke na jakis gatunek muzyczny. czy to grunge, czy nurock zwany takze pseudoindie czy tez raprock wlasnie. i w kazdym z tych przypadkow bylo tak, ze na paru reprezentantow conajmniej dobrych, innowacyjnych, majacego cos swojego do powiedzenia przypada kilkasetkrotnie wiecej kapel sredniackich, ktorych podstawowym sensem istnienia jest pragnienie uszczkniecia kawalku tortu, jak najszybsze nabicie kabzy.

pochodzacego z zachodnienia wybrzeza usa OPM trudno nie zaliczyc do drugiej grupy. ich debiut to taka typowa plyta AD 2000 – niby hiphop, niby rock, a tak naprawde uroku i klasy w tym tyle co w pop nucie klasy B. Crazy Town bis, Everlast drugiego sortu. na dodatek swe 5 minut popularnosci (i aby bylo smieszniej, popularnosci tylko na rynku europejskim – Stany olaly swych wychowankow po calosci) zawdzieczaja wlasciwie jednemu kawalkowi – „Heaven Is A Halfpipe”. ktory tak na dobra sprawe nic w sobie nie ma, a melodia refrenu nalezy bardziej do tych kategorii upierdliwych niz chwytliwych. piosenka podciagnela oczywiscie sprzedaz albumu, nie na tyle jednak, by Atlantic dalej bawil sie w ich promowanie. ponoc aktualnie chlopaczki zgrywaja twardzieli w Suburnban Noize razem z Hed Pe i Kottonmouth Kings, ale malo kto juz zwraca na to uwage.

nie chce tak zupelnie jechac jednak po kolesiach, bo w sumie nie slucha sie tego dramatycznie zle.staraja sie panowie na paradoksalnie waziutkim raprockowym polu kombinowac. w kawalkach typu „Trucha” czy „El Captain” zdradzaja silna zajawke klimatem latino. „Stash Up” nalezy do jednych z najciezszych w tym pietnastoutworowym zestawie – to juz nie linkin park czy crazy town, a stary limp bizkit nawet. „Dealerman” z pedal steelem to takie prawie przekozackie country. „Unda” korzysta z sampla z The Clash i oparty jest na ska-dynamice. skoro o ska mowa to warto odnotowac, ze w „Unda” wlasnie i w „Better Daze” trojka panow jest wspomagana przez samego Angelo Moore z Fishbone. sila calosci jest jednak przede wszystkim jednak to, ze rzeczywiscie momentami czlowiek chcialby choc na chwile znalezc sie w Kalifornii, napic sie drina z parasoleczka, kimnac sie pod palemka… aaaa, no i skit „Rage Against The Coke Machine” rzeczywiscie jest zabawny…

abstrahujac juz od braku oryginalnosci to w sumie dziwna sprawa z ta plyta. niby panowie maja dryg do czasem nie az tak glupich melodii, niby w aranzacjach – choc popowo wygladzonych do granic przyzwoitosci – to jednak sporo sie dzieje… a jednak ni chuja nic z tej plyty nie idzie spamietac. wylapane w radio moze by wlazlo do glowy, ale w longplejowej formie – nie ma szans.

 

najlepszy moment: DEALERMAN

ocena: 6,5/10

Leave a Reply