Opadające liście
reżyseria: Aki Kaurismäki
Kiedy mówi się o tzw. filmowych światach, do którego widz może uciec, przeważnie myśli się o epickich dziełach pokroju Władcy Pierścieniu, Diuny czy też Gwiezdnych Wojen. Zestawianie z nimi „Opadających liści” mogłoby się jawić jakimś żartem. Ale to właśnie świat pokazany tutaj, jak dawno żaden inny, zachwycił mnie do tego stopnia, że tylko błagałem w duchu by jeszcze nie pokryły go napisy końcowe.
A przecież mówimy tu o świecie absolutnie zwykłych ludzi. Wprawdzie miejsce znamy – są to Helsinki – ale co do czasu to pewności nie ma, bo tropy są różne. W radiu non stop mówią o napaści Rosji na Ukrainę, kino gra film Jarmuscha z 2019 roku, większość używa tu telefonów rodem z początku lat dwutysięcznych, na dodatek scenografia to trochę ładniejszy PRL. W tej zwyczajności zawieszonej w niedoprecyzowanej czasoprzestrzeni spotykają się Oni. Ona pracuje w supermarkecie, z którego zostaje wyrzucona za wynoszenie przeterminowanego jedzenia dla bezdomnych. On także nie potrafi zagrzać dłużej miejsca w żadnej z prac, tu jednak przyczyna jest skłonność do alkoholu. Generalnie – obojgu życie nie rozdało najlepszych kart, ale nie rezygnują i grają tym co mają. Kiedy spotykają się przypadkiem na karaoke to od razu iskrzy, choć po prawdzie raczej należałoby to nazwać powoli tlącym się płomykiem, który co chwilę rozmaite okoliczności próbują ugasić. A mimo to płonie.
Czy „Opadające liście” są parodią komedii romantycznej? Nie, bo przypuszczam że byłoby poniżej ambicji Kaurismakiego poświęcić film by po prostu wyśmiać jakąś konwencję. Ale faktem jest, że być może jest to najlepsza anty-komedia romantyczna od lat. Tu nie ma śpiewów pod balkonem, zatrzymywania samolotów, wielkich gestów. Powiedzieć że konwersacje Ansy i Holappy są minimalistyczne to jak nic nie powiedzieć – ma się wrażenie, że rozkwit ich uczucia przypomina czekanie w ciszy aż gra z kasety na Commodore’a odpali. Ale tu właśnie tkwi całe piękno, bo przecież doskonale wiemy, że w rzeczywistości miłości zdecydowanie bliżej do tego co widać tutaj niż romkomach. Być może na dłuższą metę im się nie uda – ale na ten moment chcemy ich razem, bo widać, że tylko razem mogą posklejać swoje popękane życia.
Ale też pomijając wątek romantyczny – ten film się po prostu wspaniale ogląda. Absolutnie wspaniały, niewymuszony, organiczny wręcz humor. Paleta barw, zarazem w której szary odkrywa kluczową rolę. Muzyka pamiętająca początki XX wieku przeplatana z indie popem wykonywanym w barze. Ludzie niezwyczajni w swej zwyczajności. Tu wszystko sprawia wrażenie świata na jednym wielkim kacu – ale nie te jego aspekty związane z bólem głowy i nudnościami, a tymi kiedy np. zwykły rosół smakuje jak najwspanialsza rzecz na świecie, a rozmowa z kolegą nabiera wymiarów nieosiągalnych w normalnych okolicznościach.
Takie filmy uwielbiam najbardziej.
najlepszy moment: każdy, w którym oboje znajdują się razem na ekranie
ocena: 9,5/10
