Oddisee
kto: Oddisee
Czasem są takie koncerty, po których absolutnie niczego się nie spodziewasz i właśnie dzięki tej czystej karcie okazują się być tak fajnie spędzonym czasem. I tu omówimy ten przypadek.
De facto nawet nie miałem czasu mieć oczekiwań wobec tego koncertu, bo o moim uczestnictwie w nim dowiedziałem się na godzinę przed jego rozpoczęciem. „-Oddisee” – „Kto?”. Szybkie obczajenie tematu na fejsie. Stodoła? Organizuje Live Nation? Czy już tak bardzo przestałem ogarniać bieżącą muzykę, że nie kojarzę największych w niej graczy? Zagłębienie się w temat (czyli mówiąc wprost – liczba fanów na fejsie i notka na Wikipedii) trochę mnie uspokoiło. Mówimy jednak o artyście undegroundowym, który najbliżej mojego muzycznego radaru pojawił się dzięki featuringowi na bardzo sympatycznym albumie „Nomads” projektu No Wyld. I o ile koncert rzeczywiście był organizowany przez Live Nation (o czym wspomniał w trakcie koncertu sam zainteresowany, określając siebie mianem „pierwszego undergroundowego artysty, którego Live Nation sprowadziło do Polski” – skądinąd może być to prawda), tak koncert w Stodole okazał się „pół-prawdą” – bo występ odbył się nie na głównej sali, a na górnym piętrze, gdzie normalnie znajduje się szatnia. Ponoć to ostatnio dość regularna praktyka Stodoły przy artystach mniejszego kalibru, w żaden jednak sposób mnie obniżający jakości koncertu.
A był on naprawdę wyborny. A w kontekście tego, że zajmuję się w ramach pracy rapem w jego niemal wyłącznie trapowej odmianie (czyli Rick Rossy, Future’y, Kid Inki), który aktualnie wywołuje we mnie co najwyżej mdłości, takie chillujące, brzmiące jak przepustka do kręgu Soul Aquarians rapsy były niczym haust świeżego powietrza. Dodać do tego niemal bezbłędny (problemy z bassem zrzucić należy raczej na technicznych niż muzyków) zespół i nienaganne flow głównego bohatera i okazuje się, że mamy do czynienia z graczem gotowym do gry w ekstraklasie. Czy jednak też na to, by być w niej gwiazdą? Może stać na przeszkodzie brak bardziej popowego sznytu, ale mi to absolutnie nie przeszkadza. Za dużo widziałem takich (a nawet niektórych recenzowałem na tym blogu), którzy lśnili na mikstejpach, a teraz dogrywają się do zespołów dla dzieci typu Little Mix.
Jeszcze raz podkreślę – półtorej godziny wybornie spędzonego czasu. I chyba nie byłem w tym odczuciu odosobiony – dawno nie widziałem artysty, który tak szczerze nie chciał kończyć jeszcze koncertu. Inna sprawa, że był to ostatni koncert na trasie, można było bardziej się rozluźnić…
najlepszy moment: co będę ściemniał że pamiętam konkretne tracki?
ocena: 7,5/10
