O.N.A. – Mrok
wydawca: Sony
poznecalismy sie wczoraj nad zatrwazajacym brakiem oryginalnosci niemieckich rockmenow, a tu sie okazuje, ze my sami nie lepsi. no bo wezmy takie o.n.a., swego czasu absolutna komercyjna mechagodzille polskiego ciezkiego rocka. no przeciez to dramat jakis.
a, wazne: koncowa ocena wydawnictwa jest taka a nie inna POMIMO, a nie ZE WZGLEDU NA extremalnie, totalnie, maxymalnie groteskowa prezencje medialna tego zespolu. w ogole postac chylinskiej, EJ. rockmenka od siedmiu bolesci, kurrrrwaaaaa. nie no, docencie moje wejscie na wyzyny obiektywizmu w ocenie tej plyty.
prezencja okolomuzyczna tej ostatniej plyty w dorobku brygady skawinskiego grzesia jest tak smieszny, jak to tylko mozliwe. ogarnijcie: „MROK”. i jeszcze ta okladka. and how ’bout some tytuly piosenek?: „Lamanie Kolem”, „Szpetot”, „Krzyk przed spaleniem”. takie rzeczy to przeciez zazwyczaj robi sie dla beki, a i to raczej jest poziom tadeusza drozdy czy poznego konia polskiego. niestety, wnioskujac po lekturze roznych materialow dotyczacej tej plyty, jak i samej muzyki mam nieodparte wrazenie, ze nie o karykature czy zart z emo-numetal-movementu tu chodzi. i to juz jest przykre.
ale przy calej dowcipnosci sytuacji gdyby ktos mi kazal wybrac najlepsza plyte o.n.a. (troche jakby wybierac najmniej smierdzaca kupe) to wybralbym wlasnie „Mrok”. a to z prostego powodu – nie ma tu tak silnie wywolujacych torsje piosenek jak „kiedy powiem sobie dosc”, „To naprawde juz koniec” i innych singlowych balladowych pioseneczek skrojonych na potrzeby wrazliwych rockmenow, gospodyn domowych i czytelniczek bravo. no, niby jest tu „Niekochana”, ale akurat ona wypada najmniej strasznie w calym tym nurcie. a jest jeszcze druga sprawa – po prostu jest jakas perwersyjna przyjemnosc w sluchaniu tego, jak byli muzycy kombi probuja grac numetal.
no bo wlasnie – niby wczesniej o.n.a. zapozyczal ile sie da z zachodnich czolowych bandow ciezkiego rocka. tutaj juz jednak polecieli na calosc. i mean, naprawde – NA CALOSC. wezcie czolowe czadowe kapele przelomu wiekow (ogranicznie sie do tych nie flirtujacych zanadto z hiphopem; swoja droga chylinska rapujaca to juz w ogole bylby gwozdz do trumny…. hahaha, trumna! mrok! czad!), a na pewno znajdziecie cos z nich na „Mroku”. na pierwszy plan wybija sie Marilyn Manson (to wtedy, kiedy np wchodza najbardziej bezplciowe elektroniczne beaty, jak chocby w „Wszystko to co mam”) i pozniejszy, wyprany z hiphopowosci Korn. chociaz nie, jest jeszcze Extreme Noise Terror w „Krzyku przed spaleniem”. kumacie, skawinski grajacy crust punka i death metal? dobra, czerstwy zart.
ale tu naprawde jest muzycznie bardzo czerstwo. niby mozna wyluskac jakies pomysly na melodie, przede wszystkich – o moj Boze – w partiach wokalnych, ale wykonawczo to jest jakas bzdura. te grozne niczym stado wkurwionych owieczek porykiwania chylinskiej typu „yyyyyeeeeyyyyyyyyyyyyyy” (o tekstach nie wspomne, lezacego sie nie kopie). te gitarowe skillsy skawinskiego, przy ktorym malmsteem czy satriani to natchnieni geniusze kompozycji. te bardzo bardzo, niespodzianka!, mroczne klawisze. przy takim ogromie muzycznego kunsztu az mozna zapominiec o odnotowaniu niebanalnie grajacej sekcji rytmicznej. dobrze ze ustawilem sobie na komorce przypomnienie.
dobra, konczymy. wyrozniam „Niekochana”, bo przyznam, ze melodia w linii wokalnej ma przeblyski potencjalu. i ide dalej lamac sie i szpecic uszy muzyka o.n.a. sobota uplywa pod znakiem masochizmu.
najlepszy moment: NIEKOCHANA
ocena: 6/66
