rageman.pl
Muzyka

Mr. Ed Jumps The Gun – Heehaw!

rok wydania: 1996

wydawca: Spin

 

no popatrzmy, co ja tu znow za rupiecia wygrzebalem z mych muzycznych archiwow…

generalnie chodzi o to, ze wczoraj zakonczyl sie tygodniowy program „wybaczamy – wybaczcie”. innymi slowy – przyjechal moj kuzyn z germanii (a wlasciwie to teraz z irlandii) i pracowalismy nad trudnymi relacjami polsko niemieckiemu. poszlismy niestety na latwizne i znaczaca wspomoglismy sie alkoholem. ale nikt nie zaluje. fajnie bylo.

zmierzam do tego, ze cala ta wizyta sprowokowala mnie do refleksji na temat niemieckiej muzyki. a ze ostatnio znow mam 17 lat, to zawezilem zakres rozkminy do mainstreamowego ciezkiego rocka (pomijajac jakies straszne powermetale i tego typu potworki). i niestety – jest dramatycznie. jedyny jakis bardziej wyrozniajacy sie zespol to rammstein, a i oni nie naleza do specjalnych oryginalow. inna sprawa, ze niespecjalnie jestem w stanie sluchac ich dluzej niz pol godziny. h-blockxx przestal mnie rajcowac juz jakos w wieku 14 lat, a guano apes to zawsze powodowal u mnie odruchy wymiotne. bylem raz na koncercie die toten hosen, ale zeby sluchac ich z plyt to juz nie za baudzo. nie no, przepraszam germanofili, ale dla mnie to w temacie ciezszych, choc mtv-friendly gitar to kraina xero. podobnie jak polska zreszta, haha.

nie inaczej jest z mr.ed jumps the gun. wyplyneli na przelomie ubieglej dekady na przerobkach (pionierzy?), po trzech plytach bylo juz wlasciwie po temacie. i naprawde trudno mowic o jakiejs boskiej niesprawiedliwosci. wystarczy przesluchac omawiana dzis druga plyte. pamietacie dog eat dog? byc moze panowie z mr.ed tez juz o nich zapomnieli. trudno jednak nie uznac, ze w okresie ich najwiekszego prosperity musieli sie w nich skrycie (??) podkochiwac. poczynajac od niejakiego MCO, ktorego moznaby pokrotce okreslic komiksowa wersja wokalisty dog eat dog, a konczac na instrumentalistach, zapewne majacych opanowane piosenki DED w malym paluszku. i na ich podobienstwo komponujacych swe pioseneczki. czy to beda hardcore’owe (czy tez rapcoreowe) wyziewy („shame”, „merica”), czy blizsze poppunkowi przebojaski („body today”, „we got to rock”) (choc „wild punx” to juz taki motorhead troche). pewnie, moznaby bronic panow z niemiec tym, ze formula muzyczna dog eat dog nie jest zanadto unikalna i latwo do nich porownywac. a poza tym kiedys naprawde takie granie to bylo cos nowego i sporo osob sie tym podjaralo (nizej podpisany jak najbardziej rowniez). no ale… no ale… teoretycznie pearl jam i creed graja podobna muzyke, ale chyba tylko mocno podupadly na sluchu czlowiek nie dostrzeze roznicy. w tym przypadku tez nie bedziecie mieli problemu z rozroznieniem.

szkodaby jednak najzwyczajniej bylo totalnie zdissowac mr eda. bo caly ten ich imidz, styl objawiajacy sie chocby w nazwie plyty i okladce… nawet w nazwie zespolu wysyla wyrazne przeslanie – chodzi o zabawe. chodzi o to, by bylo smiesznie, czy nawet kretynsko. jakichkolwiek doznan metafizycznych szukamy nie pod tym adresem. i w tym kontekscie to bardzo udana plyta. oczywiscie znow najlepiej wypadaja przerobki. jak otwierajacy calosc „don’t haha”, majacy zapewnione miejsce na liscie Najdebilniejszych Piosenek Swiata. a ze swoj do swojego ciagnie, to kiedy zobaczylem w niemczech teledysk do tej piosenki to oszalalem z radosci i przez kolejne dni czatowalem przy vivie czekajac na powtorke doznan. prywaty ciag dalszy – po powrocie do polski objechalem z ojcem cale trojmiasto w poszukiwaniu plyty z tym nagraniem. jeden sklep tylko dysponowal tym wydawnictwem w sztuk ilosci jednej. zwazywszy na to, ze jakos polskiej publicznosci nawet w tamtym okresie mr ed nie zawojowal, smiem twierdzic, ze najprawdopodobniej jestem posiadaczem jedynego egzemplarza tej plyty na wojewodztwo pomorskie. yeah, you can touch me now.

wracajac jednak do sedna… wcale nie gorsze wrazenie od „don’t haha” robi przerobka evergreena „hush”. drugi raz mr ed bierze sie za numer wczesniej wylansowany przez deep purple i wypada im to teraz zdecydowanie lepiej niz heretycka wersja „smoke on the water”. a i od wersji kuli shaker lepiej sie tego slucha.

przerobki sie wyrozniaja, ale i autorskie numery nie sa jakies dramatycznie zle. pod warunkiem, ze mowimy o numerach typu beka („weenie weenie” przede wszystkim, takze „we got to rock” z beatem „na raz dwa”). bo jak panowie staraja sie robic „klymat” („wheel”) to juz jest znacznie slabiej.

no, generalnie – ujdzie calosc w tloku. co wydaje mi sie sporym komplementem jak na tego typu zespol.

 

najlepszy moment: DON’T HAHA

ocena: 6,5/10

Leave a Reply