Nirvana
autor: Suzi Black
Recenzowania książek ciąg dalszy. Tym razem na tapetę poszła książeczka o wiele mówiącym tytule „Nirvana”. Autorstwa niejakiej Suzi Black.
Choć tak naprawdę książka mogłaby się nazywać „Kurt Cobain”. W końcu mówimy o zespole, który jak mało który w historii rocka jest utożsamiany ze swoim liderem. Choć na szczęście nie pominięto jednak roli, jaką w tej historii odegrali Krist Novoselic i Dave Grohl.
Osiemdziesiąt pięć stron. Czyli niewiele więcej niż omawiana wczoraj pozycja o Heyu. I choć Nirvana wydała niewiele więcej płyt niż Hey w czasie wydania owej książki o ich zespole, to jednak ta niewiele dłuższa historia Nirvany jest, co tu dużo mówić, o wiele ciekawsza. Bo po pierwsze mówimy o zespole, który bez oporów można stawiać w jednym rzędzie z największymi. A jeśli chodzi o lata dziewięćdziesiąte, to raczej nikt ich nie przebija. Po drugie – historia Hey’a nie jest tak tragiczna…
Rozkminę okoliczności śmierci Kurta znajdziemy w parustronicowym epilogu. A właściwie – tego, co skłoniło tego muzyka do podjęcia tak drastycznych kroków. Czyli nie ma poddawania w wątpliwość tego, że Kurt samobójstwo popełnił. Pozostając w temacie – autorka zachowuje dziennikarski dystans do przedstawionych wydarzeń i osób, jak również i do Courtney Love. Żadnych insynuacji, jakoby to ona mogła maczać palce w tej śmierci. I chociaż ja zdecydowanie za tą panią nie przepadam, to cieszę się, że właśnie tak została ona przedstawiona w tej książce. Jako destrukcyjna siła, ale też i jako anioł. Które z tych wcieleń jest bardziej prawdziwe, ocena należy do czytelnika. Cieszy również to, że autorka dostrzega, że ostateczna decyzja Cobaina była tyle tragiczna, co nieodpowiedzialna. Żadnego stawiania pomnika nie ma. Ale skoro podjął tak tragiczną decyzję, warto spróbować to ogarnąć i zrozumieć. Pete Townshend z The Who powiedział kiedyś o Cobainie „heroicznie durny chłopiec”. Zazdrośnik, jego zespół w końcu nigdy swymi płytami nie osiągnął tyle, co Nirvana jednym albumem. Ale odstawiając kwestie humorystyczno-muzyczne na bok – to opinia skrajnie przesadzona. Bo Cobain głupi nie był. Ino zbyt połamany emocjonalnie. Tacy ludzie mogą tworzyć wielką muzykę (i zazwyczaj tworzą). Ale tacy ludzie nie powinni zostawać gwiazdami, zwłaszcza z dnia na dzień. Mieszanina wspomnień niefajnego dzieciństwa z wieczną winą za rozwód rodziców w roli głównej, narkotyków i niepewnej co do intencji kobiety u boku – sytuacja tragiczna.
To wielki skrót na potrzeby tej notki. Książkę warto przeczytać, choć bardziej spodoba się tym, którzy chcą zapoznać się z fenomenem Cobaina niż go zgłębić. Poza tym – to ponownie fajny dokument fajnych czasów. Tutaj te wszystkie nazwy gwiazd początku lat dziewięćdziesiątych padają, bo to wszystko ten sam światek. Soundgarden, Melvins, Pearl Jam, Sonic Youth. Ale też i znacznie mniejsze, co nie znaczy, że mniej znaczące nazwy: The Raincoats, Mudhoney, L7… Członkowie tych kapel w mniejszym bądź większym stopniu mieli wpływ na życie Cobaina i Nirvany, i to w bezpośredni sposób. Co w sumie daje ciekawy, nowy obraz tych ludzi. Mark Arm z Mudhoney jako swatka Courtney i Kurta? No popatrz.
najlepszy moment: BRAK, PO PROSTU POSŁUCHAJ TEGO ZESPOŁU
ocena: 6,5/10

