Nirvana – Incesticide
rok wydania: 1992
wydawca: Geffen
wracamy do Nirvany.
wlasciwie wstep moglby byc ten sam co w przypadku „Sliver” – znow obcujemy z rarytasami. po Sukcesie „Nevermind” wydawca postanowil pojsc za ciosem i przy wspolpracy Sub Pop, poprzednielo labela tria z Seattle, rzucil na rynek nowe wydawnictwo opatrzone juz kultowa marka. oczywiscie moznaby mniej prozaicznie potraktowac temat – ze niby zamkniecie pewnego rozdzialu itp – ale fakt, ze pierwotnie skladak mial nosic nazwe „Cash Cow” wlasciwie mowi wszystko.
a mimo to warto miec ten album w kolekcji, nawet nie bedac wielkim fanem Cobaina i spolki. jest tu pare perelek, ktore swieca blaskiem rownie silnym co ich kolezanki z regularnych plyt, a i sama srednia jakosciowa tych 15 piosenek nie jest niska.
oczywiscie o ile lubi sie Nirvane rowniez w tym najbardziej ekstremalnym wydaniu – czyli wrzaskliwym, skrajnie przesterowanym, paranoicznym w klimacie, nierzadko punkowo galopujacym – po prostu prawdziwie alternatywnym (moze grunge’owym?). takze chalupniczym – wszak mowimy o numerach pochodzacych glownie z demowek czy sesji radiowych m.in. dla swietej pamieci Johna Peela. taki jest „Beeswax”, „Downer”, „Mexican Seafood” czy „(New Wave) Polly” – diametralnie inna wersja klasyka z „Nevermind”. konwencji trzymaja sie takze covery zarejestrowane w programie wspomnianego Peela – „Turnaround” Devo (nietypowy beat nawet jak na Nirvane) czy pochodzace z repertuaru The Vaselines „Molly’s Lips” i „Son Of A Gun” (od nich Cobain pozyczyl takze „Jesus Doesn’t Want Me For A Sunbeam” na okolicznosc „Mtv Unplugged”).
takie sa takze „Dive” czy „Stain”, choc tutaj juz naprawde jest wyczuwalna zdolnosc pisania Melodii. watpliwosci natomiast nie ma juz zupelnie przy „Sliver” – wybranym zreszta na singiel promujacy wydawnictwo. to juz ewidentna szkola pisania piosenek spod znaku „On A Plain” czy „Stay Away”.
przejdzmy do fragmentow mozliwe ze najlepszych, a na pewno najbardziej intrygujacych, zebranych pod koniec plyty – owych wczesniej wspomnianych perelek. po kolei: „Hairspray Queen” to czysta schizofrenia, moze nawet doslowna – Cobain, na tle funkujacego bassu i przycinajacej w podobnej estetyce gitary spiewa jak pacjent zakladu psychiatrycznego. pojebane, ale majace swoj specyficzny urok. „Aero Zeppelin” ma dosc wymowny tytul – rzeczywiscie brzmi to jak proba napisania piosenki w stylu Aerosmith czy Led Zep. srednio udana – ale to akurat komplement. no i dwa fragmenty najbardziej zacne. „Big Long Now”. uwazam opisywanie kompozycji frazesami typu „przepelniona bolem” za cokolwiek czerstwe, ale tutaj rzeczywiscie nic innego nie przychodzi mi do glowy. moja emo dusza przezywa katharsis przy tym walku, majacym swoja droga cos z posepnej atmosfery nagran Alice In Chains. no i „Aneurysm” – tu juz nie ma co gdybac, Nirvanowy hit pelna geba. no i kolejny dowod na to, ze Cobain naprawde kumal o co chodzi w The Beatles.
a tak w ogole to obczajcie to: http://www.youtube.com/watch?v=sP4NMoJcFd4&feature=youtu.be?. przepraszam Cie Nirvano, ale dzis to ten numer bedzie juz do konca dnia na repeacie.
najlepszy moment: BIG LONG NOW
ocena: 7,5/10