rageman.pl
Film

Niefortunny numerek lub szalone porno

rok: 2021

reżyseria: Radu Jude

 

Mówi się – i słusznie – że tak jak książek nie ocenia się po okładce, tak filmu po jego tytule – zwłaszcza jeśli jest to robota translatorka. W przeciwnym razie nigdy nie doznalibyśmy pokoleniowego wzruszenia przy „Wirującym seksie”. A jednak widząc w programie film „Niefortunny numerek lub szalone porno” i myśląc o opcjach które może skrywać ten tytuł, liczba ich ograniczała mi się do dwóch. Albo polska komedia z Szycem i Karolakiem… albo coś totalnie niekonwencjonalnego, szalonego, być może i sprośnego, ale w inteligentny sposób. Wiedząc że Nowe Horyzonty raczej nie chcą konkurować z multipleksami, z automatu odpadła opcja pierwsza. Czy była to zatem opcja druga? Zdecydowanie tak!

No bo ile znacie filmów fabularnych, które zaczynają się sceną żywcem wyjętą z PornHuba? I nie mówimy o intrze które każdy przewija, a już samym konkrecie. A co jeśli Wam powiem, że to nie tylko kluczowa dla filmu scena, ale też w miarę normalna w porównaniu z tym, co będzie się działo dalej?

Rys fabularny przedstawia się następująco – otóż owa porno scena to fragment tzw. sex taśmy, którą wraz z mężem nakręciła Emi, główna bohaterka pracująca jako nauczycielka w szkole średniej. Niestety to co miało być wrzucone do internetu i oglądane tylko przez entuzjastów golizny, trafiło do wszystkich, w tym do uczniów Emi. I w pierwszej z trzech części filmu widzimy Emi jak idzie na spotkanie w szkole z rodzicami swoich uczniów, podczas którego ma zapaść decyzja o dalszej przyszłości Emi w tejże szkole. No i idzie. Co chwila rozmawia przez telefon z mężem. I idzie. I jest to dłuuugi spacer przez miasto. I przyznam, że po obiecującym (heh) początku, tutaj trochę zwątpiłem w film. Nie że oczekiwałem, że będzie jakiś równie ekscytujący follow-up do pierwszej sceny, ale że generalnie COŚ będzie się działo. Tymczasem przez dobre pół godziny oglądami jak kobieta idzie przez miasta, a oprócz niej kamera uchwytuje jakieś scenki rodzajowe z życia miasta albo witryny sklepów i reklamy billboardowe. Zapachniało artystycznym filmem mniej zdolnych uczniów ASP, robiących film przede wszystkim dla siebie i nikogo więcej. Niby można, kto zabroni, ale po co to od razu puszczać w obieg?

Ale nastąpiła druga część filmu. I od razu mnie olśniło. Ten film nigdy nie miał być normalnym, fabularnym filmem. Scenariusz jest tylko pretekstem do osiągania zupełnie innych celów niż poprowadzenie historii do jej finału (który tak czy siak się wydarza). I chociaż zrozumiałem geniusz tej pierwszej części, która jak w soczewce pokazuje absurdy, chamstwo, ignorancję i wszystkie inne przywary jakie toczą się codziennie przez tkankę miasta (rozmowa w sklepie o celebrycie który wepchał się do szpitalnego leczenia przed chorymi dziećmi – mistrzostwo), to i tak summa sumarum jest to najsłabsza część. A to tylko dlatego, że kolejne części są jeszcze lepsze.

Przysięgam, dawno tak się nie śmiałem jak na drugiej części. Chociaż był to nie tyle śmiech przez łzy, co śmiech który bardzo szybko stawał w gardle (wiem że okoliczności sprzyjające, ale bez sprośnych skojarzeń proszę). Koncept tej części opiera się na zestawianiu tzw. found footage (archiwalne fragmenty telewizyjne, filmiki internetowe, ale też „normalne” ujęcia sytuacyjne) z faktami mniej lub bardziej poważnymi, przysłowiami, obserwacjami autorskimi, cytatami itp. itd. I są to zestawienia, które same w sobie są perełkami, chociaż wśród dominujących o humorystycznym wydźwięku są też i o całkowicie poważnej tematyce i tak też podane (zakładając, że nikogo nie śmieszy przemoc domowa czy okrucieństwa wojny). Moim zdaniem ta część jest sercem tego filmu, raz ze względu na komediową jakość, jak i jej uniwersalność, myślę że zrozumiałą pod każdą szerokością geograficzną.

Chociaż czy trzecia część też nie jest uniwersalna? Tutaj już widzimy zebranie na które podążała Emi, a właściwie Jej konfrontację z rodzicami. A jeszcze konkretniej – walka rozumu, racjonalnego i otwartego myślenia z lejącą się tu strumieniami zaściankowością, hipokryzją, dulszczyzną, rasizmem, ksenofobią, świętojebliwością … można by wymieniać dalej. I także ta część jest majstersztykiem – być może trudniejszym do osiągnięcia, bo opierać się musiał na grze aktorskiej grona ludzi, których mamy tu cały przekrój – jest wojskowy, jest ksiądz, jest lewak, jest moher, jest luzak i jeszcze kilka z galerii tych, co chętnie się zawsze wypowiedzą. Tu nawet detale są kapitalne – np. maseczki które noszą wszyscy (jedyna Emi ma „zwykłą” białą), z tęczami, hasłami typu „I can’t breathe”, popkulturalne – słowem, z wszystkim tym do czego stoją w kontrze ich wypowiedzi.

„Ten film to obraza ojczyzny! … Dobrze, że nie naszej”, głosi trailer podlinkowany poniżej. Tu i ówdzie da się słyszeć równie nośne hasło, że to najlepszy film o Polsce nakręcony za granicą. I rzeczywiście, trudno się wyzbyć wrażenia, że Rumunia to nasz bliźniak na mapie Europy. Bo jeśli rzecz traktować jako bardziej uniwersalną, no to cóż, parafrazując klasyka – zaczęliśmy się w tej dupie (sic!) urządzać.

 

najlepszy moment: rzecz jest na Netflixie, nie przegapcie

ocena: 8,75/10

Leave a Reply