rageman.pl
Muzyka

Nick Cave And The Bad Seeds – Abattoir Blues/The Lyre Of Orpheus

rok wydania: 2004

wydawca: Mute

 

choc sobota i wiosna za oknem, to trudno specjalnie sie cieszyc kiedy swiat rozdaje cios za ciosem. niewazne czy w skali mikroprywatnej, troche bardziej makro (RIP Mike Starr), jak i globalnej (chyba nie musze pisac w czym rzecz). rekomendacja: ucieczka w dobra, chwytajaca za serduszka Muzyke.

ja lubie jak jest glosno, halasliwie, zgrzytliwie, dysonansowo. sa jednak tacy artysci, ktorzy bardzo ladnie sie starzeja i do twarzy im w stonowanym graniu. Nick Cave do takich wykonawcow moim zdaniem zdecydowanie nalezy. i omawiany dzis przedostatni, podwojny album Nicka Cave’a i jego Bad Seeds to moim zdaniem najlepsze tego potwierdzenie.

choc zaczyna sie zgola zaskakujaco. bo „Get Ready For Love” to wlasnie Cave w starym stylu, postpunkowy, agresywny. fani Birthday Party sie ciesza… ale dla mnie to najslabszy fragment projektu. bo to halas dla samego halasu. bez prawdziwej zlosci, bez prawdziwego mroku jaki gesto otaczal wczesniejsza tworczosc tego Pana.

rzecz w tym, ze jesli ktos poczyta wywiady z Cave’m to wie, ze facet ostatnimi czasy nie ma na co sie zloscic. szczesliwie zakochany, zafascynowany Nowym Testamentem i postacia Jezusa Chrystusa, komercyjnie takze wciaz na fali wznoszacej. i o wiele bardziej przekonuja mnie numery typu „There She Goes, My Beautiful World”, dotykajacy zreszta kwestii szczescia/nieszczescia w zyciu Artysty. numerow z pozytywnym przeslaniem zreszta jest tu wiecej: „Nature Boy” (w refrenie pop niemalze!), „Let The Ring Bell”… w kontekscie powyzszego „blues” w tytule to przewrotnosc niemalze. predzej juz by Gospel pasowal, zwlaszcza ze sporo tu wokalnego udzialu London Community Gospel Choir.

druga plyta jest instrumentalnie bardziej stonowana, wieksza role odgrywaja tu skrzypce Ellisa (swoja droga – to pierwsza plyta bez wieloletniego czlonka Bad Seeds, Blixy Bargelda, ale przyznam calkowicie szczerze – az tak ten brak nie jest oodczuwalny). mozliwe ze wplyw na to ma lirykowy koncept drugiej plyty, traktujacy o micie o Orfeuszu… w kazdym badz razie – to jest wlasnie Cave, ktory aktualnie najbardziej mi odpowiada. Leonard Cohen na nowe czasy, jednoczesnie jak najbardziej unikalny, niepodrabialny. swietnym porownaniem posluzyl sie Scaruffi w swojej recenzji plyty – jesli wczesniejsze dokonania byly relacja z armageddonu, to „Abattoir Blues/Lyre…” to gorzka akceptacja nowego ladu, wypowiedz starego medrca w stylu „mowilem ze tak bedzie”, a jednoczesnie w pewnym stopniu pelna nadziei zwiazanej z tym co bedzie teraz. dopoki ten medrzec nagrywa tak przejmujace kompozycje jak „Easy Money”, „Spell” czy „O Children” to warto go sluchac. (btw wiecie ze ten ostatni ponoc zostal uzyty w ostatniej filmowej czesci sagi o Harrym Potterze? niezle!)

Panie Cave, moze chcial Pan rzeczywiscie znow pokrzyczec sobie w Grindermanie i ja to szanuje. prosze jednak pamietac, ze sa tacy, ktorzy czekaja na Pana spokojniejsze, smutniejsze oblicze. niech Pan o nas nie zapomina.

(watek dla gadzeciarzy: na plytach umieszczone sa zdjecia zespolu, w liczbie… trzech. tez milo)

najlepszy moment: SPELL

ocena: 8/10

Leave a Reply