rageman.pl
Muzyka

Gorillaz – D-Sides

rok wydania: 2007

wydawca: Parlophone

 

dzis znow o dwoplytowym wydawnictwie.

znacie Gorillaz? pewnie ze znacie. niestety, jest mozliwosc, ze predzej znacie ten wlasnie projekt Damona Albarna niz jego macierzysta grupe, czyli Blur. co jest w sumie dolujacym zjawiskiem, nawet jesli tez lubie Gorillaz. choc tak po prawdzie nie za sama nawet muzyke (choc single maja wybitne – „Feel Good Inc”, nozesz!!!), co za cala otoczke, postmodernistyczna zabawe z wszelkimi popkulturalnymi zjawiskami. cieszy takze to, ze dzieki Gorillaz Albarn wreszcie odniosl sukces komercyjny. choc znow – ile bym dal, by cieszyl sie slawa w USA za sprawa „Think Tank” niz „Demon Days”…

jak przystalo na kapele poszerzajaca granice savoir vivre na rynku muzycznym, a jednoczesnie grajaca wedlug jego regul, po regularnym albumie „Demon Days” przyszedl czas na kolejny album z remixami. a wlasciwie remixami i bisajdami.

zacznijmy od tych drugich, zgromadzonych na dysku numer 1. jesli jest cos na rzeczy w powiedzeniu, ze wartosc kapeli poznasz po jej b-side’ach, to z Gorillaz nie jest tak zle. juz na dzien dobry wyciagaja asa z rekawa – gdyby w „68 state” umiejetnie wplesc wokal (wszak „obowiazek obowiazkiem jest – piosenka musi posiadac tekst”) to bylby to kolejny gorillazowy przeboj. ta partia zdelayowanej gitary moglaby naprawde uwiesc tlumy. zreszta daloby sie wylowic z tej plyty jeszcze kilka materialow na godnego reprezentanta regularnej plyty studyjnej – jak np „Rockit” czy „The Swagga”. nie wymieniam tu „People” czy „Don’t Get Lost TO Heaven”, poniewaz ten pierwszy to nic innego jak singlowy „Dare”, tyle ze ubozszy aranzacyjnie i z zupelnie innymi wokalami (bez udzialu Ryder’a z Happy Mondays), a drugi tez w lekko zmienionej formie trafil na „Demon Days”. sa jednak tez i buble, znaczaco obnizajace poziom plyty, jak „Bill Muray” (tym bardziej szkoda, bo tytul zobowiazuje, ale niestety jakosciowo ma to tyle wspolnego z „Clintem Eastwoodem” co „Garfield: The Movie” z „Brudnym Harry’m”) czy „Murdoc is God” (nawet jesli to mial byc zart, to wyjatkowo czerstwy). na sam koniec zostawilem sobie rodzynek w postaci „Honk Kong”. nie tylko dlatego, ze to (w tej aranzacji) absolutna premiera na tej plycie. chodzi o to, ze to jeden z najpiekniejszych kawalkow jakie Albarn popelnil w swej karierze, poziom „This Is A Low” czy „Battery In Your Leg”. ciekawe czy Gallagherowie kiedykowiel byliby w stanie napisac tak przejmuacy kawalek, nie mowiac juz o wymysleniu tak cudnej, orientalnej aranzacji.

a teraz remixy. generalnie, jak zreszta mozna bylo sie spodziewac, wiochy nie ma. zadnego Guetty, zadnego Tiesto. chyba ze za remizowy klimat ktos uznaje Juniora Sancheza, ktory owszem, popelnil z „Dare” typowego klubowego bangera. tyle ze od kiedy dobre klubowe bangery sa zle? reszta to juz jednak jest potancowka dla tanczacych inaczej – Soulwax, Hot Chip, Metronomy, a przede wszystkim DFA z 12minutowym, killerskim remixie „Dare”. tylko mozna zalowac, ze z „Feel Good Inc” odwazyli sie zmierzyc jedynie Stanton Warriors. no ale „Dare” chyba ma wiekszy potencjal imprezowy, nic wiec dziwnego ze to on dominuje w trackliscie.

generalnie bardzo sympatyczna ciekawostka. i pare kolejnych dowodow na to, ze geniusz Albarna objawia sie czasem takze pod szyldem Gorillaz.

 

najlepszy moment: HONG KONG

ocena: 7,5/10

Leave a Reply