Natu – Gram Duszy
wydawca: Mystic
Zostajemy w kręgach muzyki urbanistycznej, w świecie znanej jako urban music. Pomimo, iż w tamtym bodajże roku Sistars zaliczyły spektakularny powrót w postaci występu na warszawskim Orange Warsaw Festival, wciąż nic nie słychać o dalszych planach reaktywacyjnych. Odbiór tamtego koncertu pokazał, że Polacy wciąż potrzebują muzyki Sistars, czy jednak same siostry Przybysz i pozostali muzycy także? W kontekście komercyjnym – być może, nie wnikam. Ale czy też artystycznie? Jeszcze w 2008 roku, po pierwszych solowych dokonaniach, które średnio mnie szczerze mówiąc porwały (choć wyrażona wtedy opinia o dnie totalnym była ostro przesadzona, posypuję głowę popiołem), odpowiedź była by zdecydowanie twierdząca. „Gram Duszy” już budzi we mnie wątpliwość.
Ale też bez przesady w drugą stronę. Książeczkowa dedykacja Natalii „Pozdrawiam Sercowo każdego kto trzyma w ręku mój Gram duszy”, choć na pewno pozbawiony złych zamiarów i kierowany do słuchaczy, recenzenta stawia w kłopotliwej sytuacji. Zwłaszcza takiego, który wyznaje dżentelmeńskie wartości i nie da kobiety skrzywdzić, zwłaszcza jeśli otwiera przed nim serce i duszę. Czyli takiego jak ja. Na szczęście płyta jest na tyle dobra, bym nie musiał swą szczerością łamać serca Natalii (o ile oczywiście cokolwiek by ją ta recenzja obchodziła), ale też ciężko mi trzymać w sobie uwagi krytyczne, których trochę przy słuchaniu się zbiera.
Zacznijmy od tych pozytywów. Kapitalna i narzucająca cały mój pozytywny odbiór płyty jest wiązanka z samego środka tracklisty: „Kąpiele w Błocie” – „Love Manufacture” – „Joy In Her Belly”. Pierwszy z kapitalnym misz-maszem aranżacyjno-brzmieniowym – pyszny pochód basu, odloty retro-klawisza, pocieszny saxofon, dubowe pogłosy… Uczta. Drugi, chyba najbliższy korzeniom gatunku soulowego (czy też blue-eyed-soulowego), z przekozacką, oldskulową trąbką rodem z jakiegoś starego amerykańskiego serialu policyjnego. No i „Joy In Her Belly”, z udziałem Siostry gwarantującym trademarkowe dwugłosy i z warstwą rytmiczną stanowiącą wartość samą w sobie. Gdyby cała płyta prezentowała się tak jak te trzy numery, pisałbym już petycję w sprawie koronacji Natu na Królową Polskiego Soulu. Jakikolwiek by jego poziom nie był.
Są jednak jeszcze pozostałe osiem numerów… I tu bywa różnie. Generalnie chyba z taką tendencją, że im bardziej zachowawczo tym lepiej. Byśmy się źle zrozumieli – żadnej powtórki z Sistars nie ma (co nie musiałoby być od razu wadą – z dzisiejszej perspektywy oceniam ten zespół znacznie pozytywniej niż w czasach jego świetności), znajdziemy tu śladowe ilości spopularyzowanego przez nie brzmienia, tak chętnie później kopiowanego przez rozmaite Sofy. Aranżacyjnie jest ambitniej, w każdym z jedenastu przypadków. Inna sprawa, że w niektórych momentach wydaje się, że muzycy trochę przeszarżowali w tych poszukiwaniach. „Pchła Muskczak” miała chyba w zamierzeniu być eksperymentem balansującym na granicy groteski (wokale), w moim odczuciu ta granica została przekroczona. Za eksperyment można uznać też zupełnie od czapy udział wokalny Stanisława Sojki w „Grzebieniu”. No i jeszcze singlowe „Gwiazdy”. Teoretycznie fajny numer, z tą gracją w rozplanowywaniu dźwięków trochę nawet kojarzący mi się z Bjork, a przynajmniej tej z okresu „Volty”. Szkopuł w tym, że jak na singiel to rzecz zupełnie nieprzebojowa – i w tym względzie niestety dość reprezentatywna dla albumu. Niby miał być soul a nie pop, bardziej to różańca niż tańca, jednak od dziewczyny mającej na koncie tak fajne melodie jak „Sutra” czy „My Music” można było oczekiwać trochę większej przebojowości i choć trochę zapamiętywalnych refrenów.
Czekam mimo to na kolejne muzyczne wytwory Nataliowej Duszy. Fajnie, jakby też z większą dawką dźwięków poruszających Serce.
najlepszy moment: KĄPIELE W BŁOCIE
ocena: 7,5/10
