Nas – The Lost Tapes
wydawca: Ill Will
Kompilacje b-side’ów z natury rzeczy są co najwyżej przyzwoitymi wydawnictwami, stojąc na przegranej pozycji wobec normalnych płyt studyjnych. Tak jak składanki typu „Best Of” tworzone są z myślą o ludziach, które ze względu na brak czasu/pieniędzy wolą ograniczyć swą wiedzę o danym artyście do zbioru jego najpopularniejszych piosenek, tak płyty z rarytasami przeznaczone są niemal wyłącznie dla fanów, którym nigdy dość twórczości swych ulubieńców. Dla wytwórni wydawanie takich rzeczy jest z tego powodu bardzo na rękę – pewien nakład i tak zejdzie, niezależnie od zawartości płyty, a przy tym znika koszt potrzebny na działania promocyjne – wszak po co informować (i przekonywać) o albumie kogoś, do kogo nie jest on w zupełności kierowany. W przyrodzie istnieje jednak zjawisko zwane wyjątkiem i powyższe zjawisko nie jest w tym względzie nomen omen wyjątkiem. Na przykład „The Lost Tapes” – dla wielu album będący faktycznym następcą kultowego „Illmatica”.
Osobiście uważam za taką opinię przesadzoną, bo „Stillmatic” jest naprawdę świetną płytą i przykro ją w ten sposób dyskredytować. Faktem jest jednak, że „The Lost Tapes” zawiera kapitalny materiał, zupełnie nieprzystający do nadanego mu statusu. Jest o tyle zaskakujące, jako że mówimy odrzutach nie tylko ze wspomnianego, udanego „Stillmatica”, ale i z sesji nagraniowej do „I Am…”, powszechnie uznawanego za świadectwo kryzysu twórczego Nasa. W opisie kawałków nie podano daty ich postania, materiał jednak jest na tyle spójny (także brzmieniowo – wszystkie piosenki mają nowy mix i mastering), że rodzi to nowe refleksje o przyczynę klęski „I Am…”. Zwiodła Nasa intuicja w trakcie selekcji ostatecznej tracklisty? A może swoją rolę odegrała w tym wytwórnia, preferująca piosenki bezpłciowe, ale jednak brzmiące nowocześnie? Jakiekolwiek by nie były przyczyny, jedno jest pewne – gdyby te utwory ukazały się na „I Am…”, to właśnie ten album określany byłby mianem odrodzenia Nasa (inna sprawa, że przecież takie odrodzenie nie byłoby potrzebne – wydany wcześniej „It Was Written” był całkiem przyzwoitym dziełem), a „Stillmatic” jedynie kontynuacją słusznego kierunku.
Zgodzę się jednak, że w wielu kwestiach „The Lost Tapes” jest najbliższym krewnym „Illmatica”. Przede wszystkim jeśli chodzi o nastrój – w przeważającej większości przypadków refleksyjny, potęgowany partiami instrumentów klawiszowych, trochę rzadziej smyczkowymi, sprzężony z arcykonkretnym rapem Nasa -już nie tylko w formie, ale wreszcie znów w treści (najlepszy przykład – bonusowy „Fetus”, z narracją z perspektywy… płodu). Winyl podobno zawiera napis „No cameos. No hypes. No bullshit” i ten opis wyczerpuje temat. Zero gości, zero sampli z hitów z list przebojów (choć sample oczywiście tu występują – m.in. pyszna gitara w „No Idea’s Original”), poziom równy jak blat świeżo zakupionego stołu z Ikei. Może nawet zbyt równy – brak tu różnorodności, będącej tą wartością dodaną, dzięki której album staje się muzyczną podróżą, a nie zbiorem piosenek. Ale można spojrzeć na to i z drugiej strony – pomimo zaprzężenia do współpracy różnych producentów (m.in. Rockwilder i The Alchemist), całość brzmi jak rapowy monolit. Czyż to nie zupełnie jak na „Illmaticu”?
Mam zatem problem z oceną „The Lost Tapes”. Z jednej strony – brakuje mu atrybutów typowych dla Dobrego Albumu, jak wspomniana wszechstronność, swego rodzaju flow, płynnych przejść między utworami, razem składających się na unikatowo opowiedzianą opowieść. Wszystko to znajdziemy na „Stillmaticu”, „God’s Son” czy „Hip Hop Is Dead”. „The Lost Tapes” jawi się w tym towarzystwie jako zbiór nowelek. Świetnych, lokujących się blisko szczytu twórczych możliwości Nasa, ale całość nie wyłamuje się z ograniczonych ram wynikających z charakteru wydawnictwa. Czyli jednak przystawka do „Stillmatica”, z zastrzeżeniem, że nie gorsza w smaku niż danie główne.
najlepszy moment: NO IDEA’S ORIGINAL
ocena: 7,5/10
