rageman.pl
Muzyka

Mystic Festival 2025

gdzie: Stocznia Gdańska, Gdańsk

kto: In Flames, King Diamond, Sepultura i inni

Kolejna edycja Najlepszego Metalowego Festiwalu w Polsce za nami.

Na uzasadnianie powyższej opinii nie będę tracić miejsca i czasu, bo już zrobiłem to rok temu. Oczywiście nie chcę dyskredytować innych wydarzeń dla fanów gitarowej ekstremy, jak np. Summer Dying Loud czy Black Silesia Open Air – tylko się cieszyć że dożyliśmy czasów kiedy fani gatunku mają w czym wybierać. Trudno jednak nie zgodzić się z tym, że Mystic Festival wygrywa największą zasięgowością. Co jest o tyle ważne, że dzięki temu festiwalowe koncerty mogą zagrać w Polsce zespoły zbyt niszowe gatunkowo na Open’era czy inne festiwale skierowane do szeroko pojętego popowego odbiorcy, ale też zbyt komercyjne dla TRU metali. Vide taki Bullet For My Valentine czy rok temu Bring Me The Horizon. Co w kontekście tego, że zespołom coraz mniej opłaca się organizować solowe trasy i wolą po prostu obskoczyć letnie festy ma niebagatelne znaczenie. Jednym słowem – doczekaliśmy się własnego może nie tyle Wackena, ale już Brutal Assaulta jak najbardziej.

Zastanawia mnie tylko gdzie organizatorzy festiwalu widzą ten festiwal za, dajmy na to, 5 lat – bo nie wierzę by nie myśleli długofalowo. Stocznia Gdańska jest absolutnie wspaniałym miejscem pod takie wydarzenia, ale umówmy się – z gumy nie jest. A mimo powszechnego narzekania że w tym roku line-up był o wiele słabszy (o tym za chwilę), jakoś nie zauważyłem by odbiło się to na frekwencji. To co będzie jeśli w zasięgu budżetu będzie np. Guns N’ Roses i się pokuszą by zaprosić? Ale nawet demografia może być pewnym „zagrożeniem” – bo owszem, wśród publiki dominuje raczej pokolenie millenialsów, ale nie jest tak że tej młodzieży na koncertach metalowych w ogóle nie ma. A śmiem twierdzić, że w obliczu już widocznego pewnego przesytu rapem który stał się nowym popem coraz więcej młodych ludzi będzie szukało jakiejś wyróżniającej ich od innych alternatywy. I metal się dość dobrze do tego nadaje.

Na ten moment być może nie ma jeszcze co panikować, co nie znaczy że organizatorzy zupełnie problemu nie dostrzegają. Widać że wyciągnęli wnioski z zeszłego roku i Desert Stage stał się pełnoprawną sceną na otwartym powietrzu, a nie dziwadłem wciśniętym między jeden klub a strefę imprezową. Zdecydowanie lepszy experience dla słuchaczy którzy mają gdzie stać, ale myślę że także dla samych zespołów. Ponadto większych zmian w stosunku do roku ubiegłego nie dostrzegłem. Czyli stabilizacja.

Zatem krótko o line-upie, a właściwie jego atrakcyjności. Ok, na papierze być może rzeczywiście nie prezentuje się to tak atrakcyjnie jak ubiegłoroczny zestaw. Po kolei – In Flames jest już legendą, swoje nakłady płyt sprzedali, ale spójrzmy prawdzie w oczy – gdyby umieszczono ich np. na Park Stage to absolutnie nikt by się nie obruszył. King Diamond – legenda absolutna i pionier, ale z gatunku tych, którzy dziś niekoniecznie robią sold outy. No i Sepultura, na dodatek na pożegnalnej trasie – niby tu najbardziej się wszystko zgadza gdyby nie to, że… nie dalej jak pół roku zagrali już „ostatni” koncert w Polsce. Może nie jest to case wiecznie schodzących ze sceny Scorpions czy Kiss, ale jednak trąci lekkim oszukaństwem.

ALE. Jeśli się jest choć trochę obeznanym w branży koncertowej to wie się, że w tym wypadku naprawdę tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Innymi słowy – szyje się z tego co jeździ w sezonie letnim po Europie i jeszcze logistycznie mu pasuje zrobić przystanek w Polsce. Dlatego zamiast narzekać proponuję w tym wypadku cieszyć się tym co mamy i liczyć na to, że w przyszłym roku koncertowy los rozda organizatorom MF lepsze karty. Bo w to że będą wiedzieć co z nimi zrobić to nie mam wątpliwości.

Dobra, czas w końcu na konkrety. Podobnie jak w zeszłym roku, omówienie setów podzielę gatunkowo – jeśli ktoś słucha np. tylko death metalu lub tylko thrashu, to lepiej się połapie w poniższej skrobaninie.

WE LOVE 90’s

Sepultura (Main Stage) – w Dzienniku Bałtyckim pojawiła się świetna grafika autorstwa Smutnych Historii Spisanych Na Kacu i Tanim Papierze. Sedno jest takie, że z przedstawionego dialogu metala z tzw. normikiem ten drugi zna tylko nazwę „Sepultura”. I chyba nie odbiega to tak daleko od prawdy – choć na pewno nie jest to level Metalliki czy Black Sabbath, to odważę się powiedzieć że na szczeblu niżej zdecydowanie się znajdują. Oczywiście pozostaje wciąż wzbudzająca kontrowersję kwestia czym jest owa Sepultura i czy zespół który wystąpił w sobotę w Gdańsku jest prawdziwą Sepulturą. Więc pokrótce moje stanowisko – tak, jak najbardziej jest. Wiadomo – zespół założyli bracia Cavalera i to z nimi na pokładzie zespół stworzył swoje najwybitniejsze dzieła. Ale nikt nikomu nazwy nie ukradł, kiedy Max dostrzegł że reszcie zespołu nie widzi się by jego żona była jednocześnie managerką zespołu to się obraził i zabrał zabawki. Tymczasem rodzony brat wcale nie stanął po jego stronie i zdecydował się kontynuować karierę z pozostałymi członkami pod dotychczasową nazwą. A że później sam odszedł i pogodził się z bratem, to już inna sprawa. Postawmy sprawę jasno – Andreas Kisser jest w zespole od drugiej płyty, Paolo Jr. od pierwszej. Derrick Green jest w zespole dwa razy dłużej niż Max, nagrał też z nim więcej płyt. Long story short – GET OVER IT. Druga kwestia – owszem, Derrick Green nigdy wybitnym wokalistą nie był, koncertowo również. Ale z tego co widziałem na wrzutkach z YT to ostatnio Max Cavalera, jakby to powiedzieć… no, też zdecydowanie nie wchodzi na wyżyny wokalne. A studyjnie? Oczywiście płyty z Derrickiem nie mają startu do „Roots” i wszystkich poprzednich. Ale tym bardziej nie mają płyty Soulfly’a i wszystkich innych projektów Maxa z ostatnich, hm, 20 lat? I owszem, jestem w stanie obiektywnie uznać, że Derrick nie jest w wokalnym prime timie. Dostrzegłem to, że jak na występ headlinerski wieńczący festiwal wizualnie koncert był nad wyraz skromny. Zwłaszcza jeśli się porówna do Kinga Diamonda dzień wcześniej czy Machine Head rok temu, ale nawet zespoły które występowały na mainie we wcześniejszych godzinach lepiej wykorzystały jego potencjał. Tutaj mieliśmy po prostu zespół rozłożony na scenie, perkusja na jakimś totalnie skromnym podeście i wizualizacje trącące winampem. Ale co z tego? Usłyszałem na żywo, i już po raz ostatni, „Refuse/Resist”, „Roots”, „Territory” czy utwory których nie było mi dane usłyszeć w 2007 roku, kiedy widziałem ich na Metalmanii – „Inner Self” czy przede wszystkim „Ratamahatta”. Czy jestem więc spełniony? Jestem.

Suicidal Tendencies (Park Stage) – nigdy nie byłem turbo fanem tego zespołu, ale zawsze krążył po orbicie moich zainteresowań muzycznych, więc w sumie miałem mocne oczekiwania co do tego koncertu. Owszem, Mike Muir bardzo lubi sobie pogadać, po usunięciu tych pogadanek spokojnie można by kilka utworów z obszernego katalogu zespołu umieścić. Ale w koncercie nie chodzi o to by setlista była nabita jak salceson, tylko żeby był kontakt, interakcja i Zabawa. A była zabawa, OJ BYŁA. Nieraz widziałem na koncertach zapraszanie fanów na scenę, ale tutaj to był chyba jakiś rekord. Bo to był już Tłum i co najważniejsze – głównie bardzo młodych ludzi. Oczywiście nie zostali zaproszeni by stać, zresztą jak tu ustać przy „Possessed to Skate”. Że oni się tam nie pozabijali, np, rozcinając głowę o talerz perkusji, to chyba cud.

Jerry Cantrell (Park Stage) – ech, mam trochę problem z tym koncertem. Bo to że Cantrell wybitnym gitarzystą jest to nie ma co do tego wątpliwości i słychać to było w każdej minucie koncertu. Można natomiast już się zastanowić czy wciąż jest wybitnym kompozytorem. Bo te solowe piosenki, zwłaszcza nowe (a głównie na nie postawił), jak dla mnie tego nie potwierdzają. Co być może jeszcze gorsze, nie uzasadniają potrzeby nagrywania ich pod szyldem innym niż Alice In Chains. Te dwugłosy są tak absolutnie charakterystyczne, że nawet gdyby akompaniowałaby im orkiestra dęta to wciąż brzmiałoby jak Alicja. Zwłaszcza że trudno oprzeć się wrażeniu, że głównego wokalisty też szuka na podobieństwo tego co wypracował sobie w macierzystym zespole. A odważę się stwierdzić, że Greg Puciato (zupełnie go nie rozpoznałem na początku!) brzmi jeszcze bardziej jak Layne niż William DuVall, czyli obecny gardłowy AIC. Tyle że, no, chyba jednak gorzej. Co innego melodyjne fragmenciki powtykane jak rodzynki w cieście nawałnicy dźwięków Dillinger Escape Plan, a co innego zaśpiewanie całego utworu, nieprostego zresztą – bo nieodżałowany pierwszy wokalista AIC dość wysoko zawiesił poprzeczkę. Na IG Greg po koncercie napisał że był tego dnia chory, być może stąd taka refleksja… ale też spójrzmy na pozytywy koncertu. A konkretnie trzy: „Them Bones”, „Would?” i na finał „Rooster”

 

THRASH JEST NASZ

Exodus (Park Stage) – ale to był wygrzew! Być może najlepszy koncert pierwszego dnia, nawet jeśli konkurencja nie ta silna z racji tego, że był to tzw. Warm Up Day (bez Main Stage).

Death Angel (Shrine Stage) – Mark Osegueda po roku ponownie na Mysticu – ale tym razem z macierzystym zespołem a nie jako wokalista Kerry’ego Kinga. Podobnie jak Exodus, wspaniale bezlitosne, oldschoolowe granie, być może nawet lepiej wypadające w warunkach klubowych.

Diving Stove (Park Stage) – w tym roku jakoś nie miałem szczęścia do występów polskich reprezentantów – zawsze w tym samym czasie grały jakieś zagraniczne band. A skoro zagraniczne to pewnie mniejsza szansa że ponownie da się ich zobaczyć w Polsce. Przypadek Diving Stove jest o tyle inny, bo dostali jako laureaci konkursu naprawdę atrakcyjny slot. Park Stage pierwszego dnia to jak na tak młody zespół jednak spore wyróżnienie, a przede wszystkim szansa – którą w pełni wykorzystali. Co tu dużo mówić, chłopaki to mają – czad w graniu, stylówę w ubiorze, a przede wszystkim niezwykle lekką i obezwładniającą nawijkę. Rany, jakby poszli do takiego Must Be The Music to dopiero by Polska Telewizyjna zobaczyła co znaczy Metal!

Municipal Waste (Shrine Stage) – a skoro mowa o zdolnej młodzieży… choć Amerykanie z MW grają „dopiero” od 2000 roku, to już brzmią jak klasyk z Bay Area. Absolutnie wspaniałe granie na przecięciu thrashu i crossoveru, plus bezbłędna konferansjerka – pozdrawiamy panów ochroniarzy których wokalista wciąż „gnębił” zachętami do crowdsurfingu.

HOW ABOUT SOME CORE?

Hatebreed (Park Stage) – dopiero co się widzieliśmy w 2023 przed Panterą, więc w sumie nie wiem czy jest sens się bardziej rozpisywać. Na pewno pewnym novum było BALL OF DEATH, czyli wielka piłka z logiem zespołu puszczona w tłum. A poza tym klasyka – „This Is Now”, „To The Threshold”, „In Ashes They Shall Reap” i oczywiście „I Will Be Heard”, tym razem jednak nie na zamknięcie, a na otwarcie koncertu. Bo na closera, całkiem słusznie, awansował najwspanialszy „Destroy Everything”, podczas którego deszcz postanowił wszystkim zniszczyć humor

Bullet For My Valentine (Main Stage) – cóż, nie wczułem się w ten koncert. Być może moja wina, bo kiedyś trzeba było się „socjalizować”, a być może nie jestem aż takim fanem by opcja odegrania w całości debiutanckiego albumu z okazji 20 rocznicy sprawiła mi aż taką frajdę. Wszystko niby się zgadzało, ale jakoś tak meh.

Whitechapel (Park stage) – pogoda sprawiła że ominął mnie początek koncertu, a i nie była łaskawa przez cały ich występ. A szkoda bo chłopaki rąbali aż miło i chyba na mniejszej scenie efekt mógłby być okazalszy

Burner (Desert Stage) – bardziej core niż metal. W sumie sympatyczne, nawet jeśli odrobinę bez większej historii.

Defects (Park Stage) – no metalcore, co tu dużo mówić. Lubię takie granie i słuchało mi się tego nieźle, ale skłamałbym mówiąc że będę wracał myślami do tego koncertu.

Imminence (Main Stage) – także metalcore, ale jednak półeczka wyżej. Przede wszystkim obecność skrzypiec, może nie stale obecnych ale jednak robiących różnice. Całościowo też to brzmiało o wiele posępniej niż w przypadku np. wspomnianego akapit wyżej Defects. I nawet jeśli większą frajdę sprawiło mi słuchanie tego Defects, to jednak różnica klas widoczna.

Polaris (Park Stage) – ponownie metalcore, o dziwo gorzej brzmiący niż Defects mimo że w lineupie ciut wyżej. A może byłem źle umiejscowiony?

Stray From The Path (Park Stage) – zapewne najtwardsi fani przecięcia się światów hardcore’a i numetalu pamiętają taki zespół jak One Minute Silence. SFTP mają bardzo podobny vibe, co mnie się bardzo podobuje. Niestety panowie na koncercie poinformowali że rozwiązują zespół. Buu.

Employed to Serve (Park Stage)- niech zgadnę…metalcore? O, ale z kobietą na wokalu.

Landmvrks (Main Stage) – podobnie jak w przypadku Imminence, nieprzypadkowo wylądowali na Mainie. Choć momentami trąciło popowym (ale akurat w dobrym tego słowa znaczeniu) wajbem, a wokalista niemiłosiernie mi się kojarzył z Vito Bambino, to jak trzeba było dorzucić do pieca to dorzucali. Fajne.

Paleface Swiss (Park Stage) – weźcie najcięższe momenty Slipknota, włącznie ze szczekaczką Corey’a Talora, i macie PS. Deathcore pełną gębą. W sumie też fajne, ale nie aż tak.

DEATH TO ALL

In Flames (Main Stage) – jakby ni patrzeć ikona stylu melodeath metalu, więc umieszczam tutaj. Mam słabość do tego zespołu, swego czasu „Take This Life” repeatowałem jak pojebany (na szczęście go zagrali). I dalej nie mam pewności czy zasłużyli na tego maina, co nie zmienia faktu że szansę wykorzystali. Całkiem gitne brzmienie, fajna scenografia ze zmieniającymi się głównymi elementami w tle, dobry choć oparty na szorstkim humorze kontakt z publiką – czego chcieć więcej?

Dark Tranquillity (Main Stage) – dawno nie widziałem takiego rozdźwięku między muzyką a prezencją zespołu. Oni cały czas się uśmiechali! Tak jakby naprawdę się cieszyli że występują na tym festiwalu! A tak serio – może nie jest to muzyka którą bym repeatował, ale to jak była podana sprawiło że mnie absolutnie kupili.

Chaotian (Shrine Stage) – tu miała być krótka ocena występu Cattle Decapitation ale odwołali w ostatniej chwili trasę, szybko więc znaleziono zastępstwo. Co tu dużo mówić, jak to się mówi – Koniec Internetu, tyle że w muzyce. A biorąc pod uwagę że panowie lubią w dłuższe, mocno połamane kompozycje to naprawdę można by tym torturować ludzi. Ale że jestem masochistą to bardzo mi się podobało.

Plaguemace (Sabbath Stage) – jedyny koncert który widziałem na najmniejszej ze scen. No cóż, ponownie koniec internetu, ale o dziwo nie aż taki jak na Chaotian, chyba jednak prostsze granie.

Hideous Divinity (Shrine Stage) – to Włosi tak potrafią grać? Żarty na bok, wciąż mówimy tu o metalu śmierci, a jednak chyba najbardziej przystępnym – choćby z racji tego, że wokalista nie operuje aż tak bulgoczącym growlem, więcej jest w tym krzyku. No i kompozycje prostsze jakby… ale nie przywiązujcie wagi do tych opinii, żadnym ekspertem nie jestem.

PIACH I GRUZ

Eagles of Death Metal (Main Stage) – kiedy to my się ostatni raz widzieliśmy? No tak, w 2005 roku przed Queens of the Stone Age. I chociaż sporo się u mnie pozmieniało przez te 20 lat to jest to nic w porównaniu z tym przez co przeszedł Jesse Hughes. Przyznam szczerze że była we mnie ciekawość czy w jakikolwiek sposób na koncertach nawiązują do tragicznych wydarzeń w Paryżu sprzed 10 lat. Może jakiś przekaz, dedykacja, wizualizacja, cokolwiek. Nic z tych rzeczy. I w sumie dobrze – w tym zespole zawsze chodziło przede wszystkim o rozrywkę i radość z grania rock and rolla i nic się nie zmieniło pod tym względem. Świetny koncert, choć nie wiem czy i tak najlepszym momentem nie było wyjątkowo długie intro z „We Are Family” Sister Sledge, gdzie Jesse tańczył i skutecznie zachęcał ludzi do tego samego. Jak się okazało, metale skrycie kochają disco!

Eyehategod (Desert Stage) – a teraz coś z przeciwległego bieguna. Nie wiem co oni jedzą (chociaż mam pewne podejrzenia) w tym Nowym Orleanie, ale zarówno Crowbar rok temu jak i teraz Eyehategod brzmieli tak, jakby całe życie nie wychodzili z piwnicy, w której zrobili sobie próbownię. Cała chropowatość i negatywność skupiona jak w soczewce. Plus, Mike Williams to jeden z większych oblechów jakich widziałem na scenie. Czyli jednym słowem – wspaniały koncert. A końcówka z „Every Thing, Every Day” (na którego zagranie miałem cichą nadzieję, choć wcale to nie było oczywiste biorąc pod uwagę że to relatywnie świeży utwór) doszczętnie rozjebała system.

Rickshaw Billie’s Burger Patrol (Desert Stage) – no, z taką nazwą nie można grać normalnej muzyki. I rzeczywiście takowa nie była. Okolice najwcześniejszego QOTSA z Lesem Claypoolem na wokalu. Przyjemne.

Green Lung (Main Stage) – no a jaką muzykę można grać z TAKĄ nazwą? No i tu zaskoczenie, bo wbrew pozorom, choć na pewno sprawdziłoby się to jako soundtrack do rollowania blanta, to jednak całkiem sporo było tu zwyczajnego hard rocka, zwłaszcza w wokalu. Still, bardzo fajne.

Heave Blood & Die (Desert Stage) – zastanawiałem się gdzie wrzucić Norwegów, bo jednak jest tu tyle samo stonera co zwykłego post hardcore’a, szczególnie w wokalach. Po flagach zawieszonych na wzmakach widać też było, że nieobce im są punkowo-lewicowe ideały. Gdziekolwiek ich bym nie umieścił – najważniejsze żebyście Wy ich umieścili na swych playlistach, o.

MROK

Cradle of Filth (Park Stage) – cóż, black metal nie jest moim ulubionym podgatunkiem metalu i może nie unikam go jak, hm, ognia, ale tak się złożyło że zawsze jak grała jakaś blackowa horda to wolałem zobaczyć coś innego. No ale dla Kredek trzeba było zrobić wyjątek. Czy było warto? Well… Jeśli kogoś nie drażni to symfoniczne nadęcie to na pewno miał sporo radości z tego koncertu. To jest, o ile nie zwracał uwagi dyspozycję lidera i wokalisty zarazem. Rany, nie wiem czy Dani zawsze tak wypada wokalnie, ale jak dla mnie to nie było dobre. Nawet jeśli mam z tyłu głowy, że te partie wokalne do najprostszych nie należą. Na pewno też nie sprzyjał fakt, że koncert odbywał się tuż po największej ulewie na Hatebreedzie, kiedy pechowcy którzy nie zdążyli się schować (np. ja) bardziej myśleli o tym w jaki sposób jak najszybciej wyschnąć. No ale najważniejsze – jak mogli nie zagrać „From The Cradle to Enslave”???

Tiamat (Park Stage) – to nie był dobry festiwal dla mrocznych legionów z lat 90tych. Być może zadecydowało zmęczenie czterodniowym maratonem (Tiamat zamykał ostatni dzień festu), ale no bardzo się wynudziłem. Johan Edlund niby zagadywał, ale było to tak niemrawe, że gdybym był kobietą i znalazłbym się na randce z takim typem, to ewakuował(a)bym się po kwadransie. No i ponownie – jak można nie zagrać takiego hitu jak „Cold Seed”?

PROGRESY

Alcest (Park Stage) – z tym Park Stagem to jest tak, że chociaż jest to druga największa scena festiwalu, to organizatorzy wrzucają na nią zespoły, których równie dobrze mogłby zagrać w klubie. Niektórzy bardzo ładnie sobie z tymi nietypowymi okolicznościami radzą, inni mniej. I do tych drugich muszę chyba zaliczyć Alcest. To byłby świetny koncert w przyciemnionym klubie. Niestety zagrali w pełnym słońcu na wielkiej scenie. I chociaż wykonywali swą robotę sumiennie, to czegoś mi jednak zabrakło. Mimo wszystko warto było uczestniczyć.

Unprocessed (Desert Stage) – hmmmm, no ciekawe to było. Owszem, były fragmenty jak najbardziej metalowe, „upoważniające” do występu na tego typu festiwalu. Ale jeszcze więcej było zwyczajnej, melodyjnej, acz instrumentalnie kombinującej rockowizny. Miałem wrażenie słuchając ich „dialogów” z publiką że sami z dość mocnym dystansem podchodzą do metalowości swojego zespołu i tego gdzie się znaleźli. Mam wątpliwości czy jest to zespół który zapisze się w historii muzyki, ale przez ten jeden koncert warto było poświęcić im uwagę.

ELEKTRO

Perturbator (Park Stage) – moje odkrycie festiwalu. Ranyyyyy, to było jakieś misterium, porównywalne do tego jakie odstawiła Furia, też zresztą w Parku i też na zakończenie dnia. Choć jak najbardziej ten koncert równie dobrze mógłby się odbyć w klubie, to moim zdaniem Francuz w pełni wykorzystał potencjał przydzielony mu slot. A potrzebował do tego w sumie niewiele – panel klawiszy, drugiego perkusistę, proste wizualki, grę świateł no i Muzykę. Zawsze miałem słabość do synthwave’u, ale nie wiedziałem że aż taką.

Combichrist (Shrine Stage) – obok Perturbatora chyba jedyny moment festiwalu, kiedy dało się potańczyć – na tyle ile można tańczyć do industrialu czy też aggrotechu który proponuje Combichrist. Nie abym w pełni kupił ten koncert, bo mam spory problem z partiami wokalnymi, ale obiektywnie to mógł być jeden z najlepiej przyjętych koncertów festiwalu, widać było że sporo ludzi przyszło specjalnie na nich.

DZIWADŁA (CZYLI INNE)

Apocalyptica (Main Stage) – jak ocenić koncert oparty wyłącznie na coverach i to w gruncie rzeczy największych hitów największego zespołu metalowego? Gdyby to był Must Be The Music to trzeba byłoby ponarzekać, ale na szczęście mówimy o koncercie który miał dostarczyć rozrywki. And boyyyy, it was fun. Można powiedzieć że zespół zatoczył koło, bo przecież debiutowali blisko 30 lat temu albumem z coverami Metalliki  i wreszcie zdecydowali się na „sequel” tamtego albumu. Przyznać też trzeba, że jednak proponują coś więcej niż tylko odegranie klasyków Hetfielda i spółki na wiolonczelach. Perkusista jest w ich składzie już od wielu lat, natomiast nie wiedziałem że próbują też przemycić jakieś partie wokalne. Czy były niezbędne? Tu akurat mam wątpliwości, ale ok, niech im będzie. Dodatkowe punkty za odegranie tytułowego tracka z najbardziej znienawidzonej płyty Mety. Wiecie o którym mówię.

King Diamond (Main Stage) – uh. Ja wiem że Legenda przez duże „L”, ja wiem że mówimy o kimś kto de facto wprowadził przebieranki i Teatr do metalu. Dla mnie jednak ta estetyka, zarówno w warstwie muzycznej jak i wizualnej jest absolutnie nie do przejścia i dziwię się tym którzy są w stanie udźwignąć taką dawkę kiczu. Niemniej spróbowałem dać szansę – głównie z tego powodu, że jedyną alternatywą był koncert nowej wersji Blindeada. Którego to bardzo lubię, niemniej zakładam że jeszcze będzie niejedna okazja by się spotkać na koncertowych szlakach. Zatem o 23.30 dnia pańskiego 6.06.2025 stawiłem się pod mainem, w bezpiecznej odległości od sceny. I tak, sporo się na niej działo – laleczki, wchodzenie do szafy, gilotyny, no Ulica Sezamkowa na pełnej. Muzycznie, nawet jeśli też nie są to dźwięki które jakoś by specjalnie we mnie rezonowały, to broniło się całkiem sprawnie. Ale te wokale… rany. Co jest o tyle dziwne, że np. w takim Judas Priest „pianie” zupełnie mi nie przeszkadza. Tutaj nie mogłem powstrzymywać śmiechu. Przepraszam, widocznie nie jestem wystarczająco true albo zwyczajnie nie dojrzałem do takiego grana.

Halocene (Desert Stage) – a skoro mowa o słabych koncertach… a tak serio – nawet jeśli totalnie odbiłem się od koncertu Potężnego Metalowego Duńczyka z poprzedniego akapitu to jestem w stanie zrozumieć, że dla kogoś to był koncert życia. Ale jeśli ktoś by wymienił koncert Halocene jako highlighty festiwalu to serio zastanowiłbym się nad poczytalnością takiego zespołu. W sensie jasne, słyszałem gorsze zespoły – ot, taki nijaki rockmetal z laską na wokalu. Kiedy w pewnym momencie zaczęli grać „Chop Suey!” SOAD to uznałem to za intrygującą ciekawostkę. Ale kiedy kilka utworów później wyprowadzili drugi soniczny cios w postaci „Bring Me To Life” Evanescene, to zacząłem się zastanawiąć o co tu właściwie chodzi. Tym bardziej że to nie były jakieś osobliwe, nacechowane własnym stylem interpretacje – ot, poziom kapeli z domu kultury która desperacko chce zaintrygować czymkolwiek publikę. Na etapie trzeciego coveru („The Kill” 30STM) uznałem, że skoro zespół sam nie wierzy w swój własny repertuar, to czemu ja miałbym uwierzyć?

Turbonegro (Park Stage) – czy metale mają poczucie humoru? Można było się o tym przekonać na koncercie chyba najbardziej zabawowej ekipy na tym festiwalu (jak na w gruncie tak posępny gatunek jakim jest metal udało mi się do tej relacji wpleść dość sporą ilość razu słowa takie jak „zabawa” czy „rozrywka”). Ktoś powie że bez Hank Von Hella ta wokalu to nie to samo. Ja powiem że owszem, są pewni ludzie nie do zastąpienia, co nie znaczy że nie można znaleźć dla nich godnego zastępstwa. I takie znaleziono w Turbonegro. Ale dobra, co ja się tu będę rozpisywał, tu przede wszystkim chodziło o to, by całe zbiorowisko ludzi oznajmiło, a właściwie wykrzyczało, jednym głosem „I Got Erection!”. I to się, kochani, wydarzyło.

The Crazy World of Arthur Brown (Shrine Stage) – wszystkie poprzednie zespoły, także te z sekcji „dziwadła”, choć nie zawsze grają na typowym dla metalu instrumentarium, to przynajmniej wytwarzają swoim graniem klimat trafiający do fanów gatunku, lub chociaż, jak w przypadku Eagles of Death Metal, mają ten metal w nazwie. Co wspólnego z najwspanialszym z gatunków ma Arthur Brown? Można by rzec że w sumie nic. A jednak możliwe że bez niego by zwyczajnie nie było ani tego festiwalu ani metalu w ogóle. To on utworem „Fire” zainicjował całą zajawkę nie tylko ogniem piekielnym ale i przebierankami. A mówimy o czasach hippisowskich ideałów i kwiatów we włosach, gdy metal nawet się nikomu nie śnił. Dlatego wszyscy ci którym już po godzinie starczyło piania Kinga Diamonda uderzyli na Shrine Stage bić pokłony przed kolejną z Legend. I było ich sporo. I wszyscy tak samo nie dowierzali ile wigoru ma Pan Brown, pomimo 80-ciu (!) lat na karku. A wieńczący całość setu cover „I Put a Spell on You”- palce lizać.

Bad Touch (Desert Stage) – soundtrack do zjazdu motocyklistów, na którym tylko rozpalonego grilla brakowało. Czy to źle? A skądże!

Więcej grzechów nie pamiętam, niczego nie żałuję i za rok rozpiszę się tak samo!

Leave a Reply