rageman.pl
Muzyka

Mönster

gdzie: Orbital, Gdańsk

kto: Mönster, Filth Of Mankind, Dobry Dzień

 

dzisiaj bedzie o kolejnym odcinku z cyklu „DIY hc/punk krolik show”. w roli glownej – niemcy z Monster.

wyglada na to ze te koncerty juz na dobre zadomowily sie w orbitalu. czy to dobrze – nie wiem. mysle ze mimo wszystko pod kazdym wzgledem Radiostacja byla lepsza, acz z drugiej strony – dobrze ze te koncerty w ogole maja sie gdzie odbywac. tym razemkoncert odbywal sie nie w sobote jak ostatnio a w niedziele, wiec nie bylo pospiechu, by zakonczyc impreze jak najwczesniej, coby mogla sie rozpoczac „normalna” impreza typu merrie melodies. i choc na plakacie stalo, ze godzina rozpoczecia koncertu to 19.00, to dopiero po 20.00 zaczal przygrywac pierwszy z supportow.

zdecydowanie dalo sie zauwazyc nizsza frekwencje niz na makiladoras 2 tygodnie wczesniej. o ile przy samej „scenie” (czyli znow parkiet taneczny) klebil sie tlum ludzi, to juz w okolicach didzejki bylo pusto. szkoda, bo imho pod wzgledem muzycznym wystep monstera stal na wyzszym poziomie niz holendrow z makiladoras. poza witkiem, paciorem i iza nie zauwazylem tez innych znajomych geb.

okej, a teraz o muzyce. jako pierwszy z supportow wystapil trojmiejski Dobry Dzień. poltora roku temu, w ramach ich koncertu przed Vialka i Skarpem przezywalem zubozenie ich skladu o charyzmatyczna wokalistke. i chociaz sklad sie rozszerzyl do kwartetu, bo doszla druga gitara, to wciaz wokalistki tamtej mi brakuje. wokale pana gitarzysty sa takie, by byly. nic wiecej jak dla mnie. szkoda, bo muzycznie jest to calkiem ciekawe. punkowo, ale jednak gdzieniegdzie wpleciona rytmika reggae. przyzwoity poziom wykonawczy, w miare pomyslowo, kompozycje tez moznaby polubic. oj, ja bym jednak kazal pani wokalistce wracac z emigracji… 🙂

po dosyc krotkim, bo okolo 20minutowym wystepie i przerwie technicznej pojawili sie trojmiejscy wyjadacze z Filth Of Mankind. nie powiem, ze radiostacyjnych, bo znow dostana mi sie becki heh. ale na pewno ciezko sobie wyobrazic trojmiejskie koncerty DIY bez nich. w kazdym badz razie…

to mogl byc zajebisty koncert. bo nie pamietam, by kiedys tak zmietli mnie swym graniem. nawet majac w pamieci jeszcze niedawny koncert z Ballastem. niby dalej crustowo, zabojcze tempa, bezlitosna jazda. ale gitary zabrzmialy wyjatkowo ostro i jakos calosciowo to tak… no… no kasalo tak ze chuj, ze tak powiem.

niestety, koncert zostal polozony wokalnie. i nie, by cos wokalista zawinil. ot, zlosliwosc rzeczy martwych. a konkretniej – mikrofonow. i chociaz dopiero pod koniec sytuacja sie unormowala, to przez dluzszy czas trzeba bylo sluchac pojedynczyk znieksztalconych totalnie wrzaskow, ktore tylko przeszkadzaly. szkoda, tym bardziej, ze wokalista FOMow jest niezly jak na taka muzyke, na dodatek wg mnie posiada cos, co nie jest czeste na tej scenie – charyzme.

inna sprawa, ze rowniez pod wzgledem dynamiki wystep tego kwintetu ciut kulal. fajnie, ze luzackie dialogi wokalisty z publika dawaly troche wytchnienia od apokaliptycznego klimatu jacy ci panowie tworzyli (who the fuck is Slawek??). ale czesto dochodzilo do sytuacji typu „nie wiadomo o co chodzi”. przez co wystep panow z Filth Of Mankind rozciagnal sie do prawie godziny. szkoda, bo chociaz bylo i tak niezle, to moglo byc o wiele lepiej…
godzina 22.30, na scenie pojawia sie danie glowne. Monster, prosto z Berlina. w skladzie: perkusista, basista i dwie gitary, z ktorych jedna okupowala wokal. definicja ulotkowa: „ultraenergetyczny hardcore punk, mix Motorhead i Tragedy”. co to znaczy? znacie, chocby z opowiadan, numer „ace of spades” motorhead, rajt? no to podmienicie wokal na troszke mniej charakterystyczny, zmiencie riff, dajcie bardziej zaangazowane teksty i macie wizytowke stylu Monster. ale zeby ich nie sprowadzac do roli epigonow ekipy Lemmy’ego, to jeszcze trza wspomniec o calkiem sporej ilosci pomyslow, ktore by nie przystawaly do zespolu Kilmistera. pomyslu zblizajace Kilmistera bardziej do punka (nawet tego bardzo melodyjnego) niz metalu. dzieki czemu na pewno nie da sie powiedziec, by muzyka Monstera byla nudna. zwlaszcza jesli podparta dobrym poziomem wykonawstwa i w miare udanymi probami interakcji zespolu z publika, ktora doprowadzila do calkiem sympatycznego moshu podczas drugiej piosenki na bis (choc szkoda ze tak pozno…).

dobry byl to koncert po prostu.

 

najlepszy moment: MONSTER – WHEN 2 MEN KISS

ocena: 6,5/10 

 

Leave a Reply