Mönster
kto: Mönster, Filth Of Mankind, Dobry Dzień
Dzisiaj będzie o kolejnym odcinku z cyklu „DIY hc/punk Królik show”. W roli głównej — Niemcy z Monster.
Wygląda na to, że te koncerty już na dobre zadomowiły się w Orbitalu. Czy to dobrze — nie wiem. Myślę, że mimo wszystko pod każdym względem Radiostacja była lepsza, acz z drugiej strony dobrze, że te koncerty w ogóle mają się gdzie odbywać. Tym razem koncert odbywał się nie w sobotę jak ostatnio, a w niedzielę, więc nie było pośpiechu, by zakończyć imprezę jak najwcześniej, coby mogła się rozpocząć „normalna” impreza typu Merrie Melodies. I choć na plakacie stało, że godzina rozpoczęcia koncertu to 19.00, to dopiero po 20.00 zaczął przygrywać pierwszy z supportów.
Zdecydowanie dało się zauważyć niższą frekwencję niż na Makiladoras dwa tygodnie wcześniej. O ile przy samej „scenie” — czyli znowu parkiecie tanecznym — kłębił się tłum ludzi, to już w okolicach didżejki było pusto. Szkoda, bo imho pod względem muzycznym występ Monstera stał na wyższym poziomie niż Holendrów z Makiladoras.
Jako pierwszy z supportów wystąpił trójmiejski Dobry Dzień. Półtora roku temu, w ramach ich koncertu przed Vialką i Skarpem, przeżywałem zubożenie ich składu o charyzmatyczną wokalistkę. I chociaż skład rozszerzył się do kwartetu, bo doszła druga gitara, to wciąż tamtej wokalistki mi brakuje. Wokale pana gitarzysty są takie, by były. Nic więcej jak dla mnie. Szkoda, bo muzycznie jest to całkiem ciekawe. Punkowo, ale jednak gdzieniegdzie wpleciona rytmika reggae. Przyzwoity poziom wykonawczy, w miarę pomysłowo, kompozycje też można by polubić.
Po dosyć krótkim, bo około 20-minutowym występie i przerwie technicznej pojawili się trójmiejscy wyjadacze z Filth Of Mankind. Nie powiem, że radiostacyjnych, bo znowu dostaną mi się becki heh. Ale na pewno ciężko sobie wyobrazić trójmiejskie koncerty DIY bez nich.
To mógł być zajebisty koncert. Bo nie pamiętam, by kiedyś tak zmietli mnie swoim graniem. Nawet mając w pamięci jeszcze niedawny koncert z Ballastem. Niby dalej crustowo, zabójcze tempa, bezlitosna jazda. Ale gitary zabrzmiały wyjątkowo ostro i jakoś całościowo to tak… no… kąsało tak, że chuj, że tak powiem.
Niestety koncert został położony wokalnie. I nie, by coś wokalista zawinił. Ot, złośliwość rzeczy martwych. A konkretniej — mikrofonów. I chociaż dopiero pod koniec sytuacja się unormowała, to przez dłuższy czas trzeba było słuchać pojedynczych, totalnie zniekształconych wrzasków, które tylko przeszkadzały. Szkoda, tym bardziej że wokalista FOM-ów jest niezły jak na taką muzykę, a na dodatek wg mnie posiada coś, co nie jest częste na tej scenie — charyzmę.
Inna sprawa, że również pod względem dynamiki występ tego kwintetu ciut kulał. Fajnie, że luzackie dialogi wokalisty z publiką dawały trochę wytchnienia od apokaliptycznego klimatu, jaki ci panowie tworzyli („Who the fuck is Sławek??”). Ale często dochodziło do sytuacji typu „nie wiadomo o co chodzi”. Przez co występ panów z Filth Of Mankind rozciągnął się do prawie godziny. Szkoda, bo chociaż było i tak nieźle, to mogło być o wiele lepiej…
Godzina 22.30, na scenie pojawia się danie główne. Monster, prosto z Berlina. W składzie: perkusista, basista i dwie gitary, z których jedną okupował wokalista. Definicja ulotkowa: „ultraenergetyczny hardcore punk, mix Motörhead i Tragedy”. Co to znaczy? Znacie, choćby z opowiadań, numer „Ace Of Spades” Motörhead, rajt? No to podmieńcie wokal na troszkę mniej charakterystyczny, zmieńcie riff, dajcie bardziej zaangażowane teksty i macie wizytówkę stylu Monster.
Ale żeby ich nie sprowadzać do roli epigonów ekipy Lemmy’ego, trzeba jeszcze wspomnieć o całkiem sporej ilości pomysłów, które nie przystawałyby do zespołu Kilmistera. Pomysłów zbliżających Monster bardziej do punka — nawet tego bardzo melodyjnego — niż metalu. Dzięki czemu na pewno nie da się powiedzieć, by muzyka Monstera była nudna. Zwłaszcza jeśli podparta jest dobrym poziomem wykonawstwa i w miarę udanymi próbami interakcji zespołu z publiką, która doprowadziła do całkiem sympatycznego moshu podczas drugiej piosenki na bis — choć szkoda, że tak późno…
Dobry był to koncert po prostu.
najlepszy moment: MONSTER – WHEN 2 MEN KISS
ocena: 6,5/10
