Makiladoras
kto: Makiladoras, Words Mean Nothing, Scarlet Adorns The Snow
no i po kolejnym odcinku brazylijskiego serialu pt „DIY hardcore punk”.
byl to juz drugi koncercik z tego cyklu, ktory mial miejsce w dobrze wszystkim rockfanom miejscu Orbital. jako ze jednak w styczniu nie moglem byc na koncercie This Bike Is a Pipe Bomb, wiec dopiero teraz moglem rozkminic co ta zmiana dala. a troche sie zmienilo.
koncert wiec mial rozpoczac sie o 18.00. czemuz to taka pora? ano dlatego, iz byla to sobota, wiec musiala sie odbyc obowiazkowa impreza pszczoolkowa Merrie Melodies. choc faktycznie impreza zaczela sie dopiero po 19.00. w srodku – duuuzo luda. w sumie full. i tradycyjnie te same hardkorowe geby, m.in. witka, paciora, oczywiscie krolika, ruina, rybaka, Moich Ulubionych Autobusiar, PMWW VF HC Crew i Katarzyny ;). piweczko, pogaduszki i schodzimy na dol. i tu niespodziewanka. sprzet ustawiony nie tradycyjnie w miejscu lawek, a na parkiecie tanecznym. przyznaje, zarowno kontrowersyjna jak i mila odmiana. co to dalo? zdecydowanie podzialalo na interakcje zespolow z publika. chociaz z drugiej strony, moglo to sie skonczyc niebezpiecznie, zwlaszcza ze pogo bylo tego wieczora wyjatkowo intensywne… ale, do chuja, to jest przeciez Punk, a nie bluesowe pitolenie.
wiec, jak juz wspomnialem, po 19.00 zaczely juz katowac supporty. dwa zespoly z Puław (zagwozdka wieczoru – gdzie sa kurwa Pulawy??). ta sama szerokosc geograficzna, ale zupelnie rozne podejscie do grania. na pierwszy Ogien – Scarlet Adorns The Snow. jazda na dwie gitary, bass, perke i dwa wokale. jazda, o czym warto wspomniec, calkiem niezle naglosniona i slyszalna, jak na Orbital. i jak na koncert tego typu.
co o Scarlet? rzut okiem na ulotke – panowie okreslaja swa muzyke mianem „hardcore metal”. czyli, jakby tak skrocic, to wyszloby po prostu metalcore. i cos w tym jest. ale jak wiadomo metalcore metalcore’owi nierowny, wiec trzeba dopowiedziec wiecej.
w tym momencie zawsze pojawia sie dylemat. byc wyrozumialym czy nie? w koncu to hc/punk, chodzi o przekaz, o muzyke mniej. ale jak juz parokrotnie wspominalem chyba na tymze pamjentniczku, sa zespoly ktore potrafia ubrac swoj przekaz w muzyke jak najbardziej na poziomie. nie mowimy tu o melodiach do nucenia w kiblu i pod prysznicem. chodzi o to, by bylo po prostu zapamietywalnie. a to okazuje sie byc ciezka sztuka. jesli chodzi o SATS, to prawda jest taka, ze z ta zapamietywalnoscia bylo kiepsko. aranzacyjne minimum. wszystko w bardziej przyspieszonym tempie. dwa wokale (niestety polegalo to niemal wylacznie na rotacji w zaleznosci od numeru, a nie w obrebie jednego utworu, a szkoda, bo wygladalo to sympatycznie), niemal w ogole nierozroznialne. tylko ten mniej sie udzielajacy mial jakby ciut silniejszy glos. z kolei drugi pan nadrabial specyficznym sposobem gibania sie w rytm numerow. szkoda, ze potencjal tego tak w sumie nieoczywistego w tego typu muzie pomyslu jakim jest podwojny wokal, zostal tak nieefektywnie wykorzystany. jednostajny krzyk, momentami przeplatany growlem. a wystarczylo, ze w pewnym momencie jeden z panow wokali zastosowal normalny wokal, w przedostatnim numerze zas drugi pan zarzucil linia melodyjna w refrenie (choc akurat wynikala ona z faktu, ze byl to cover… „(I just) Died In Your Arms” Cutting Crew, hiciora lat 80’tych, swoja droga – kapitalny wybor!). i juz robilo sie naprawde ciekawiej.
aranzacyjna bieda, melodyczna bieda, wiec co zostaje? technika. naprawde na wysokim poziomie. i przede wszystkim, co chyba jednak jest najwazniejsze – energia. rozsadzajaca energia. i kontakt z publicznoscia. to wszystko mieli panowie z SATS. dlatego tez mimo wszystko oceniam koncert na bardzo dobry. tylko mam pewne watpliwosci czy nie jest to muzyka przeznaczona wylacznie na koncert. ale w takich warunkach, jeszcze raz podkresle, wypada nad wyraz zajebiscie.
po jakichs 40 minutach nastapila przerwa techniczna, po kotrej miala wystapic kolejna polska grupa. w tym jednak momencie niestety nastapil przykry incydent w postaci najazdu lysych panow w liczbie dosyc przeszkadzajacej. ostatecznie poza bardziej brutalnym moshem pod scena nie doszlo do wiekszych incydentow (wprawdzie policja i pogotowie wpadly, ale ponoc z innego powodu), niemniej ferment przez nich wprowadzony pozostal juz do konca koncertu, choc zajebistej atmosfery nie zdolal zepsuc. myslalem ze takie historie naleza juz do zamierzchlej przeszlosci. niestety.
w pewnym momencie jeden z tych panow wyrwal wokaliscie Words Mean Nothing mikrofon, by oznajmic, ze „nie chca nam psuc imprezy”. oh, od razu poczulem sie spokojniejszy.
skoro juz wspomnialem o Words Mean Nothing, to warto wreszcie skupic sie na tym co ci panowie zaprezentowali. tutaj juz specjalnie byloby co wyroznic. zonglowanie dynamika, jakies odwazniejsze ruchy w aranzacji, kontrastowanie, przejmujacy, krzyczany wokal (wszak „screamo punk” – okreslenie pasujace jak ulal) – to wszystko bylo. tyle, ze summa sumarum porwac nie porwalo. przede wszystkim dalo sie dostrzec malutki przerost checi nad mozliwosciami. nie, aby technicznie bylo zle, ale czasem brakowalo zwyczajnego polotu. zamiast spokojnie dryfowac, momentami wkraczalo na mielizny, probujac nadrobic straty zabijczym tempem. inna sprawa, ze rowniez dramaturgia koncertu, prawde powiedziawszy, lezala. troche przez zamieszanie z lysymi. ale tez i wokalista, w przeciwienstwie do panow ze SATS, byl znacznie bardziej rozgadany. i chociaz niewatpliwie wypowiedzi byly szczere, to aby jakos specjalnie okdrywcze to tez bym nie powiedzial… no ale moze nie o monologi chodzilo. energii nie udalo sie wytworzyc w takiej ilosci jak SATS, ale za to zdecydowanie pare numerow bylo na tyle kapitalnych, ze spokojnie poczulem sie zachecony by nabyc muzyke kwintetu z Pulaw na jakims nosniku. tak trzymac, panowie. czekam na efekty dalszych poczynan.
godzina przed 21.00, czekamy juz na zaloge z Holandii. i obserwujemy, jak zakonczy sie kwestia wizyty niespodziewanych gosci. godzina kwadrans po 21.00, juz holendrzy sa na „scenie”. Miakiladoras. zdredowana wokalistka wida sie z wyjatkowo smiesznym akcentem po angielsku i jazzzzda. co tu duzo mowic. wybitnie punkowo. raz, dwa, trzy i jedziemy. zabojcze tempa (choc brawa za balansowanie dynamika, dzieki czemu te szybsze tempa brzmialy jeszcze bardziej zabojczo!), tnace gitary i przeszywajacy krzyk wokalistki, tym ciekawszy, bo w koncu to plec piekna. energia roznoszaca. szalenstwo publiki. udziela sie w koncu i muzykom. latajaca wokalistka na rekach publicznosci to jeszcze nic zaskakujacego, nawet jesli grozilo to tym ze moze zostac przygnieciona w sufit orbitala. ale, daje slowo, niezapomnianym widokiem jest obraz latajacej wokalistki i dwoch wioslowych, gitarzysty i basisty!! okej, z logicznego punktu widzenia to bylo troche nierozwazne, bo przeciez oberwac gryfem w morde to nie jest jakas specjalna przyjemnosc. ale powtorze – to jest kurwa PUNK! i nawet jesli nie bedziemy wspominac koncertu makiladoras ze wzgledu na muzyke, to takiej atmosfery jaka byla tego sobotniego wieczora chyba nigdy wczesniej nie bylo ani w orbitalu, ani w przeciagu dobrych kilku lat od kiedy bywam na takich gigach. mistyczny survival. okazuje sie ze punk to nie tylko walka z niesprawiedliwoscia swiata. ale tez i koncerty sprowadzaja sie do walki. i moze wyjde na jakiegos agresywnego dresa, ale to jest kurwa to co lubie 🙂
nawet fakt, ze kwartet z holandii zagral przeszlo godzine (wliczajac dwa bisy), nie zepsul w jakikolwiek sposob obrazu calosci. natomiast co innego mi zmacilo odbior zespolu. wiadomo ze w takich warunkach koncertowych niemozliwoscia jest zrozumiec o czym wokalistka ekhm spiewa. zostaje wiec to co mowi miedzy numerami. i mysle, ze moze lepiej gdyby nic nie mowila… doceniam postawe waleczna, idealy, bunt wobec pokreconej otaczajacej nas rzeczywiostosci. ale dlaczego to tak momentami mocno ocieralo sie o banal? momentami tylko brakowalo tekstow typu „zlikwidowac bezrobocie, kapitalizm jest zly a balcerowicz musi odejsc”. wywod o Janie Pawle II zas odbieram jako kiepski zart. jego konserwatywna, wrecz szkodliwa postawa wobec antykoncepcji to jedno. ale sprowadzanie jego osoby do zla wcielonego, odpowiedzialnego za katastrofe w Afryce uwazam za ostre przrgiecie. muzyka jest najwazniejsza, ale trudno puscic taki kwas pomimo uszu.
jakos braknie ochoty na merrie melodies, wiec uderzamy z kathrina do infinium, gdzie juz pija lehu i olejek. a potem jeszcze… no… niewazne.
najlepszy moment: MAKILADORAS – MISDAAD LOONT
ocena: 7,5/10

