Makiladoras
kto: Makiladoras, Words Mean Nothing, Scarlet Adorns The Snow
No i po kolejnym odcinku brazylijskiego serialu pt. „DIY hardcore punk”.
Był to już drugi koncercik z tego cyklu, który miał miejsce w dobrze wszystkim rockfanom znanym Orbitalu. Jako że jednak w styczniu nie mogłem być na koncercie This Bike Is a Pipe Bomb, więc dopiero teraz mogłem rozkminić, co ta zmiana dała. A trochę się zmieniło.
Niespodzianka nastąpiła już po wejściu na samą salę – sprzęt ustawiony nie tradycyjnie w miejscu ławek, a na parkiecie tanecznym. Przyznaję — zarówno kontrowersyjna, jak i miła odmiana. Co to dało? Zdecydowanie podziałało na interakcję zespołów z publicznością. Chociaż z drugiej strony mogło to się skończyć niebezpiecznie, zwłaszcza że pogo było tego wieczora wyjątkowo intensywne… ale, do chuja, to jest przecież punk, a nie bluesowe pitolenie.
Więc, jak już wspomniałem, po 19.00 zaczęły katować supporty. Dwa zespoły z Puław. Zagwozdka wieczoru — gdzie są kurwa Puławy?? Ta sama szerokość geograficzna, ale zupełnie różne podejście do grania.
Na pierwszy ogień — Scarlet Adorns The Snow. Jazda na dwie gitary, bas, perkę i dwa wokale. Jazda, o czym warto wspomnieć, całkiem nieźle nagłośniona i słyszalna jak na Orbital. I jak na koncert tego typu.
Co o Scarlet? Rzut okiem na ulotkę — panowie określają swą muzykę mianem „hardcore metal”. Czyli, jakby tak skrócić, wyszedłby po prostu metalcore. I coś w tym jest. Ale jak wiadomo metalcore metalcore’owi nierówny, więc trzeba dopowiedzieć więcej.
W tym momencie zawsze pojawia się dylemat. Być wyrozumiałym czy nie? W końcu to hc/punk, chodzi o przekaz, o muzykę mniej. Ale jak już parokrotnie wspominałem chyba na tymże pamiętniczku — są zespoły, które potrafią ubrać swój przekaz w muzykę jak najbardziej na poziomie. Nie mówimy tu o melodiach do nucenia w kiblu i pod prysznicem. Chodzi o to, by było po prostu zapamiętywalnie. A to okazuje się być ciężką sztuką.
Jeśli chodzi o SATS, to prawda jest taka, że z tą zapamiętywalnością było kiepsko. Aranżacyjne minimum. Wszystko w bardziej przyspieszonym tempie. Dwa wokale — niestety polegało to niemal wyłącznie na rotacji w zależności od numeru, a nie w obrębie jednego utworu, a szkoda, bo wyglądało to sympatycznie. Tylko ten mniej się udzielający miał jakby ciut silniejszy głos. Z kolei drugi pan nadrabiał specyficznym sposobem gibania się w rytm numerów.
Szkoda, że potencjał tego tak w sumie nieoczywistego w tego typu muzie pomysłu, jakim jest podwójny wokal, został tak nieefektywnie wykorzystany. Jednostajny krzyk, momentami przeplatany growlem. A wystarczyło, że w pewnym momencie jeden z panów wokali zastosował normalny wokal, w przedostatnim numerze zaś drugi pan zarzucił linię melodyjną w refrenie — choć akurat wynikała ona z faktu, że był to cover „(I Just) Died In Your Arms” Cutting Crew, hiciora lat 80., swoją drogą kapitalny wybór! — i już robiło się naprawdę ciekawiej.
Aranżacyjna bieda, melodyczna bieda, więc co zostaje? Technika. Naprawdę na wysokim poziomie. I przede wszystkim, co chyba jednak jest najważniejsze — energia. Rozsadzająca energia. I kontakt z publicznością. To wszystko mieli panowie z SATS. Dlatego też mimo wszystko oceniam koncert na bardzo dobry. Tylko mam pewne wątpliwości, czy nie jest to muzyka przeznaczona wyłącznie na koncert. Ale w takich warunkach, jeszcze raz podkreślę, wypada nad wyraz zajebiście.
Po jakichś 40 minutach nastąpiła przerwa techniczna, po której miała wystąpić kolejna polska grupa. W tym jednak momencie niestety nastąpił przykry incydent w postaci najazdu łysych panów w liczbie dosyć przeszkadzającej. Ostatecznie poza bardziej brutalnym moshem pod sceną nie doszło do większych incydentów — wprawdzie policja i pogotowie wpadły, ale ponoć z innego powodu — niemniej ferment przez nich wprowadzony pozostał już do końca koncertu, choć zajebistej atmosfery nie zdołał zepsuć. Myślałem, że takie historie należą już do zamierzchłej przeszłości. Niestety.
W pewnym momencie jeden z tych panów wyrwał wokaliście Words Mean Nothing mikrofon, by oznajmić, że „nie chcą nam psuć imprezy”. Oh, od razu poczułem się spokojniejszy.
Skoro już wspomniałem o Words Mean Nothing, to warto wreszcie skupić się na tym, co ci panowie zaprezentowali. Tutaj już specjalnie było co wyróżnić. Żonglowanie dynamiką, jakieś odważniejsze ruchy w aranżacji, kontrastowanie, przejmujący, krzyczany wokal — wszak „screamo punk”, określenie pasujące jak ulał — to wszystko było. Tyle że summa summarum porwać nie porwało.
Przede wszystkim dało się dostrzec malutki przerost chęci nad możliwościami. Nie, aby technicznie było źle, ale czasem brakowało zwyczajnego polotu. Zamiast spokojnie dryfować, momentami wkraczało na mielizny, próbując nadrabiać straty zabójczym tempem. Inna sprawa, że również dramaturgia koncertu, prawdę powiedziawszy, leżała. Trochę przez zamieszanie z łysymi. Ale też i wokalista, w przeciwieństwie do panów z SATS, był znacznie bardziej rozgadany. I chociaż niewątpliwie wypowiedzi były szczere, to aby jakoś specjalnie odkrywcze — też bym nie powiedział…
No ale może nie o monologi chodziło. Energii nie udało się wytworzyć w takiej ilości jak SATS, ale za to zdecydowanie parę numerów było na tyle kapitalnych, że spokojnie poczułem się zachęcony, by nabyć muzykę kwintetu z Puław na jakimś nośniku. Tak trzymać, panowie. Czekam na efekty dalszych poczynań.
Godzina przed 21.00, czekamy już na załogę z Holandii. I obserwujemy, jak zakończy się kwestia wizyty niespodziewanych gości. Godzina kwadrans po 21.00, już Holendrzy są na „scenie”. Miakiladoras. Zdredowana wokalistka wita się z wyjątkowo śmiesznym akcentem po angielsku i jazzzzda.
Co tu dużo mówić. Wybitnie punkowo. Raz, dwa, trzy i jedziemy. Zabójcze tempa — choć brawa za balansowanie dynamiką, dzięki czemu te szybsze tempa brzmiały jeszcze bardziej zabójczo! — tnące gitary i przeszywający krzyk wokalistki, tym ciekawszy, bo w końcu to płeć piękna. Energia roznosząca. Szaleństwo publiki. Udziela się w końcu i muzykom.
Latająca wokalistka na rękach publiczności to jeszcze nic zaskakującego, nawet jeśli groziło to tym, że może zostać przygnieciona o sufit Orbitala. Ale, daję słowo, niezapomnianym widokiem jest obraz latającej wokalistki i dwóch wiosłowych — gitarzysty i basisty!! Okej, z logicznego punktu widzenia to było trochę nierozważne, bo przecież oberwać gryfem w mordę to nie jest jakaś specjalna przyjemność. Ale powtórzę — to jest kurwa punk!
I nawet jeśli nie będziemy wspominać koncertu Miakiladoras ze względu na muzykę, to takiej atmosfery, jaka była tego sobotniego wieczora, chyba nigdy wcześniej nie było ani w Orbitalu, ani w przeciągu dobrych kilku lat odkąd bywam na takich gigach. Mistyczny survival. Okazuje się, że punk to nie tylko walka z niesprawiedliwością świata. Ale też i koncerty sprowadzają się do walki. I może wyjdę na jakiegoś agresywnego dresa, ale to jest kurwa to, co lubię 🙂
Nawet fakt, że kwartet z Holandii zagrał przeszło godzinę — wliczając dwa bisy — nie zepsuł w jakikolwiek sposób obrazu całości. Natomiast co innego zmąciło mi odbiór zespołu. Wiadomo, że w takich warunkach koncertowych niemożliwością jest zrozumieć, o czym wokalistka ekhm śpiewa. Zostaje więc to, co mówi między numerami. I myślę, że może lepiej gdyby nic nie mówiła…
Doceniam postawę waleczną, ideały, bunt wobec pokręconej otaczającej nas rzeczywistości. Ale dlaczego to tak momentami mocno ocierało się o banał? Momentami tylko brakowało tekstów typu „zlikwidować bezrobocie”, „kapitalizm jest zły”, a „Balcerowicz musi odejść”. Wywód o Janie Pawle II zaś odbieram jako kiepski żart. Jego konserwatywna, wręcz szkodliwa postawa wobec antykoncepcji to jedno. Ale sprowadzanie jego osoby do zła wcielonego, odpowiedzialnego za katastrofę w Afryce, uważam za ostre przegięcie. Muzyka jest najważniejsza, ale trudno puścić taki kwas mimo uszu.
najlepszy moment: MAKILADORAS – MISDAAD LOONT
ocena: 7,5/10

