Michael Jackson’s – This Is It
rezyseria: Kenny Ortega
kiedys musiala nadejsc ta chwila, ze obejrze ten film i cos o nim napisze.
a bylo tak, ze obiecalem sobie, ze nie poswiece ani sekundy temu dzielu, nie mowiac juz o poswieceniu pieniedzy. nie bede napedzal kabzy tym, dla ktorych smierc Michaela stanowi najwieksza zyle zlota, jaka im sie przytrafila w ich biznesowych poczynaniac. to pierwszy byl powod. drugi byl taki, ze wole zapamietac MJ z lat jego swietnosci, takim jakiego go widac chocby na koncertowce z Bukaresztu. juz ogladanie go z okresu „HIStory” czy „Invincible” sprawia przykrosc. a co dopiero ogladanie czlowieka na 5 minut przed jego smiercia. kazdy, kto przezyl smierc blizszej lub dalszej osoby wie, jak taki „ostatni obraz” rzutuje na calosc wspomnien. nie bedzie przesada mowiac, ze MJ nalezal do tych osob mi blizszych, choc znam go tylko z plyt, teledyskow i plakatow.
dzielnie zatem stawialem opor tym, ktorzy probowali mnie wyciagnac na „This Is It” do kina. az w koncu dvd z filmem wyladwalo w moim domu poprzez propozycje nie-do-odrzucenia, ze tak to enigmatycznie ujme. i dobrze sie stalo. niezaleznie jakimi pobudkami kierowali sie producenci obrazu, dostarczyli oni produkt ktory po prostu musial powstac.
rozumiem stanowisko przeciwnikow ukazania sie filmu „This Is It” (do ktorych sam przeciez sie zaliczalem) mowiace o tym, ze Michael, jako skrajny perfekcjonista, nie chcialby by taka niedorobiona rejestracja koncertu (nawet nie koncertu przeciez, co samej proby) ujrzala swiatlo dzienne. zapomieli(smy) jednak o jednym – Jacko dajacy z siebie 50% procent to wciaz Artysta Wybitny, dystansujacy niemal cala wspolczesna scene pop. pytanie wiec brzmi – chcemy ogladac Michaela Jacksona „na pol gwizdka” czy nie ogladamy go wcale? ja opowiedzialem sie w koncu za pierwsza opcja. i zdecydowanie nie zaluje. bo przekonalem sie o tym, ze gigantyczna strata dla swiata popkultury byloby, gdyby ta niedoszla, ostatnia trasa Michaela pozostala biala plama na jej mapie. strata, ale tez wrecz krzywda dla calej rzeszy osob zaangazowanych w ten projekt – choreografow, scenografow, tancerzy, magikow od efektow specjalnych, muzykow i mnostwa innych ludzi. mowiac o smierci Jacksona w kontekscie tych 50 londynskich koncertow takze o tym, ze swoja mala tragedie przezywali takze Ci, ktorzy przez pol roku (a w przypadku niektorych funkcji – nawet znacznie dluzej) przygotowywali sie do tych koncertow. dla niektorych – np tancerzy wylonionych w castingach – to byla Przygoda Zycia, nie mowiac juz o zyciowej szansie (w tym konctekscie warto obczaic dodatki na dvd, opowiadajace wlascie o tytanicznej pracy tych niewidocznych – poza tancerzami rzecz jasna – bohaterow tych koncertow).
drugi aspekt przemawiajacy na korzysc filmu „This Is It” to to, w jakim kierunku pokierowano tym projektem. wyobrazalem sobie wczesniej ten film jako zenujaca probe wcisniecia rejestracji proby jako normalnego koncertu, z dogranym dzwiekiem, publicznoscia itp itd. chwala producentom obrazu, ze przy calym ich koniunkturalizmie nie znizyli sie do takiej zenady. zamiast tego ogladamy Dokument. swietnie zmontowany dokument, nalezy dodac. oczywiscie ze laurkowy, ponoc producenci mieli postawiony warunek przez zarzadzajacych dorobkiem MJ, ze w filmie nie moze pojawic sie ani jedna scena pokazujaca go w negatywnym swietle. wciaz jednak wierze , ze ten film jest blizszy niz dalszy prawdzie. zreszta nawet jesli nie poznajemy chocby polowy prawdy o Michaelu-czlowieku, to „TII” jest kapitalnym wgladem w postac Michaela-Artysty. jest tu jedna genialna scena, kiedy MJ wspolnie z Michaelem Bierdenem, klawiszowcem a zarazem muzycznym dyrektorem calego przedsiewziecia, pracuja nad zmodyfikowana aranzacja „The Way You Make Me Feel”. Bierden gra na klawiszach, zdawaloby sie bezblednie. Jackson jednak non stop mu zwraca uwage, ze tu jedna polnuta nie pasuje, tu druga, a poza tym calosc za malo plynie. „Fani na pewno wyczuja roznice”. koles, ktory oficjalnie nie potrafil grac na zadnym instrumencie (poza beatboxem), mowi jak ma grac kolesiowi ktory zjadl zeby na graniu Muzyki. przypuszczam ze Jacko ze swym Sluchem Absolutnym poprawialby nawet Beethovena. i tylko i wylacznie z troski o wielbicieli tworczosci Niemca. okreslenia typu „poznajemy Geniusza w trakcie aktu kreacji” to paplanina marketingowa, ale jednak w przypadku „TII” majaca sporo na rzeczy.
no i drugi, wymieniony we wstepie kontrargument wobec „TII”, odnosnie formy Jacksona, tez w filmie zostaje momentalnie niemal obalony i to przez samego Jacksona. Jacksona pelnego pasji, rozpromienionego, no i – przynajmniej na tym filmie – nie wygladajacego tak zle jak moglyby pewne fakty sugerowac. oczywiscie jest teoria mowiaca o tym, ze samobojcy przed smiercia zdaja sie promieniowac szczesciem (co stanowi jedynie zmylke dla otoczenia), co wynika z faktu, ze ciesza sie z perspektywy pozegnania sie ze swiatem. pewnie taki wytlumaczenie tej pozytywnej postawy Jacksona widocznej na „TII” gdzies sie pojawilo. ale dopoki okolicznosci smierci Jacko nie sa pewne (pewnie nigdy zreszta do konca takimi nie beda), to dajmy sobie spokoj z takimi rewelacjami. i cieszmy sie widokiem MJ ukazanego w „This Is It”. zreszta ktory muzyk by sie nie cieszyl z perspektywy tak fantastycznych koncertow? i tu dochodzimy do najwazniejszego, badz co badz, aspektu filmu traktujacego o Muzyce. czyli samej Muzyki. krotko – to BYLOBY to. kapitalna setlista w absolutnie fenomenalnej oprawie. co tu duzo mowic – jesli koncerty doszlyby do skutki, Michael znow poszerzylby granice tego, jak moze wygladac Show Muzyczne. pojawienie sie na scenie w formie hologramu, by po chwili zmaterializowac sie w czlowieka z krwi i kosci? drobnostka! przebic „Man In The Mirror” z wczesniejszych tras odlatujac tym razem statkiem kosmicznym? da sie zrobic. widac ze idea trojwymiarowosci od czasu „Kapitana EO” wciaz chodzila po glowie Michaelowi, nie pozostal takze obojetnym na innowacje w temacie 3D, jakie pojawily sie w ostatnich latach. i kazdy kto widzial „TII” wie, ze wykonanie „Thrillera” mogloby przebic wszystko co powiedziano i zrobiono w temacie tej piosenki. tak samo zreszta „Smooth Criminal”, podczas wykonania ktorego MJ „spotkalby sie” z Rita Hayworth. oczywiscie pewne elementy sa tak kultowe, ze nie ma potrzeby ich zmieniac- vide wyciagnik podczas „Beat It” czy moonwalk i srebrna rekawiczka w „Billie Jean”. trudno tez czuc sie zaskoczonym, ze taki „Earth Song” poszedlby w jeszcze wiekszy patos niz dotychczas. jak juz pisalem wczesniej – bierzemy tego pana z calym dobrodziejstwem inwentarza. a swoja droga – fajnie ze np w setliscie pojawil sie niedoceniany „They Don’t Care About Us” (ktory tez, z tego co da sie tu obejrzec, moglby wypasc przezajebiscie). szkoda jednak ze wycieczki w przeszlosc (tradycyjny medley hitow Jacksons 5) znow nie uwzglednialy niczego z „Off The Wall”…
mozna sporo zarzucic wszystkim tym zarzadzajacym muzyczna spuscizna Jacksona, a niekiedy nawet czuc obrzydzenie. jak sie jednak okazalo, projekt ktory wzbudzal najwieksze kontrowersje wsrod fanow MJ okazuje sie jego najlepszym posmiertnym wydawnictwem.
najlepszy moment: THRILLER
ocena: 8,5/10
