rageman.pl
Muzyka

Metallica – Ride The Lightning

Metallica_-_Ride_the_Lightning_coverrok wydania: 1984

wydawca: Vertigo

 

no skoro bylo wczoraj o Machine Head logicznym jest, ze dzis musimy cos skrobnac o Metallice. tym bardziej ze dawno nie goscili na tym blogu.

thrash metal, rajt? jak odroznic fana traszu od blek metalu czy death metalu? fan traszu (treszu?) troche bardziej od innych przedstawicieli gatunku lubi piwo, no i tylko on nosi dzinsowe katanu, najczesciej z naszywkami zespolu. poza tym chyba zaden inny fan metalu nie jest tak konserwatywnie nastawiony na Nowe w muzyce. glowny cel kazdej traszmetalowej kapeli: musi przenosic w „stare dobre lata 80te”. nie ma zmiluj. a jednak jest cos rozczulajacego i pociesznego w tej zatwardzialosci muzycznej i mimo wszystko optymistycznego nastawienia do swiata. to, mniej na pewno to bejowe i wkurwiajace niz stereotypowi fani blacku czy death (Westa, powiedzialem: STEREOTYPOWI!)

jak wiadomo, bylo ich czterech w thrashu: Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax. z nich zas najwieksza jest Metallica. podobno. pod wzgledem komercyjnym to nie ma co polemizowac. a i artystycznie wydaje mi sie, ze ciezko podwazyc status ekipy Ulricha. to ich plyty przewaznie laduja najwyzej z wydawnictw calej czworki we wszelakich rankingach, do inspiracji wlasnie nimi przyznaje sie najwiecej dzisiejszych artystow. oczywiscie gdyby probowac robic jakas srednia wazona z wartosci calej dyskografii, to mogloby byc roznie. taki sllayer wciaz trzyma poziom, mysle ze podobnie megadeth, a juz o metallice tego powiedziec nie mozna od jakichs, hm, 15 lat? niemniej krotka pilka musi poleciec, czy to sie komus podoba czy nie: w latach 80tych to oni rzadzili i dzielili w swiecie metalu.

niesamowite, jak tak mlodym chlopaczkom (srednia wieku oscylujaca gdzies w okolicach dwudziestki) udalo sie stworzyc tak dojrzale dzielo jak „Ride The Lightning”. wprawdzie juz na „Kill’em All” bylo grubo, ale „RTL” to juz jest afera na skale przynajmniej swiatowa. choc debiut bynajmniej prostackim nie byl, to zachwycal (przynajmniej mnie) swoja bezkompromisowoscia, adrenalina przekraczajaca wszelkie normy. pierwsze slowo przychodzace na mysl po odsluchaniu nastepcy „Zabij’em Wszystkich” to PROGRESJA. strasznie pretensjonalne slowo, ale tutejsze kompozycje to sa naprawde monumentalne budowle. pomyslowosc dzwiekow, na jakich oparte sa te numery, to czyste bossostwo. jeden killerski motyw goni drugi. a przeciez budowane sa one przewaznie na tych samych patentach i brzmieniach, przez ktore 85% thrash metalowych kapel brzmi przynajmniej groteskowo. i to jest fascynujace. to tak jakby zaserwowac gromadce dzieci budulec w postaci klockow lego. malo powazny material do budowania konstrukcji, ktorymi moznaby zaintrygowac kogos innego niz inne dzieciaki w piaskownicy. metallice to sie udalo. metallica to najzdolniejsze dziecko w piaskownicy zwanej thrash metalem, przynajmniej w okresie pierwszych albumo-budowli. choc slayer to tez hmmm pieknielnie utalentowane dziecko, choc tworzacy rzeczy przerazajacy ogol.

bo wezmy taki absolutnie wymiatajacy jak dla mnie „For Whom The Bell Tolls”. wezcie ten perfekcyjnie rozkrecajacy sie poczatek. dzwon. wejscie gitar. przedziwnie sfuzzowany bass, na ktorym wlasciwie opiera sie ten poczatek. genialne w swej prostocie zagrywki gitar. no i perkusja, grajaca DOKLADNIE TO CO POWINNA ZAGRAC. w sensie: „no ja pierdole, ta perka NO NIE MOGLABY INACZEJ TEGO ZAGRAC.” trafione w dokladnie, absolutnie samo sedno. i nikt mi nie powie, ze lars u. jest slabym perkusista. nie zagralby byc moze wiekoszsci tego, co wymyslilby dave lombardo. ale z drugiej strony – byc moze dave nie wpadlby na wiekszosc bossowskich w swej prostocie partii larsa. a wracajac do „Dzwonow” – srodek numeru to juz danie glowne o wartosci odzywczej rownej solidnej porcji salatki warzywnej popitej swiezo wycisnietym sokiem multiowocowym i przegryzionej kotletem schabowym. jeszcze outro-deser i mozemy lezec brzuchem i uszami do gory przez miesiac. ulubiony numer, bez dwoch zdan. no i wiadomo – godzina 22, „DZWONYYYYYYYYY”, to znak ze czas wyjsc na parkiet. i dostac w tancu w pysk od Zlotego.

mowilem o bezkompromisowosci debiutu. a tutaj hetfied i spolka sa rownie bezlitosni. no bo jak mogli bo „Dzwonach” dac rownie rozkladajacy na lopatki numer w postaci „Fade to black”, no jak? tu dzieje sie historia, oni tu definiuja na nowo pojecie metalowej ballady. bez romantycznych pierdol w dzwiekach i tekscie. zamiast tego poczucie beznadziei, rozpacz, pragnienie pociecia sie czerstwa bulka. nie no, ale seriously – naprawde przygnebiajaca rzecz. james hetfield w sferze wokalnej to taki odpowiednik swego kolegi perkusisty z zespolu. zadna tam wielka technika, wybitnej skali, a z drugiej strony – niespotykanej zdolnosci do nasladowania glosem pralki czy Ciasteczkowego Potwora (chociaz rykniecie hetfielda ma zajebisty urok, nie powiem). a jednak znow – trafia dokladnie w punkt. i sie zastanawiam – jak taki chlystek mogl tak przekonujaco wyspiewac taki tekst? ale przede wszystkim muzyczny masterpiece. przede wszystkim w robocie wioslowych – cudny akustyczny poczatek i wlasciwie to tez cale pozostale akustyczne plumkanie. a przede wszystkim – przelom w srodku utworu, wejscie gitar i solowka Hammetta. to co poczynil tutaj Hammett to chyba najmocniejszy argument za sensownoscia istnienia instytucji zwanej Solowkami Gitarowymi. a, kolejne skojarzenie imprezowe – metale tanczace z pannami przy „balladowej” czesci i odpychajacy je, by we wlasnym, samczym gronie doznawac przy popisie Hammetta. ABSOLUT.

rozpisalismy sie, a jeszcze nie zamknelismy tematu swietnych numerow (dobrze ze to tylko 8 trackow). „creeping death” to wlasciwie encyklopedyczna definicja thrash metalu, przynajmniej w moim mniemaniu. charakterystyczne tylko dla tego gatunku tempo, zasilane bateria gitar no i absolutnie oldskulowo krzykliwy wokal. nie jestem wielkim fanem tego kawalka, ale nie sposob nie docenic jego „wzorcowatosci” rodem z Sevres.

no i zamykajacy calosc, instrumentalny „The Call Of Ktulu”. nie chce mi sie specjalnie rozpisywac nad potega tego kawalka, moze wiec z tej okazji niech padnie wreszcie to nazwisko: Cliff Burton. nie, to nie przypadek ze jest on otoczony takim kultem. on naprawde byl Mistrzem. i nie tylko w kategorii metal-music. zreszta, kto ma uszy juz dawno to uslyszal. szkoda troche jednak, ze jego bossostwo bylo przeklenstwem, przez ktore nie dano jego nastepcy Newstedowi nawet szansy pokazania na co go stac. byc moze malo kto wierzyl, ze bedzie w stanie dorownac Burtonowi i oszczedzono mu porazki.

a co z reszta utworow? ano jest. na pewno nie ma tu sytuacji takiej jak z omawianego wczoraj debiutu machine head, gdzie w tym slabszych utworach czadem proboje sie zakryc mialkosc kompozycji. na „RTL” po prostu te pozostale piosenki nie sa AZ TAK wymiatajace jak wczesniej wspomniane. i to wlasciwie ich glowny problem.

wiem, ze chwalenie metalliki jest malo dżezi and a ciut uncool, bo zrownuje nas nie tylko z milionami fanow rocka, prenumeratorami „teraz rocka” oraz „metal hammera” i gospodyniami, ale tez z omawianymi wczesniej maniakami thrashu. no ale kurrrrrwaaa. kto nie doznaje kozactwa tego albumu i najstarszej metalliki, ten z policji.

 

najlepszy moment: FOR WHOM THE BELL TOLLS

ocena: 9/10

Leave a Reply