Machine Head – Burn My Eyes
rok wydania: 1994
wydawca: Roadrunner
zmieniamy klimat. do tejze notki sprowokowal mnie tegoroczny Hunterfest. absolutnie nie mialem zamiaru sie na niego wybierac, ale tylko przez moja ostatnimi czasy totalna antykoncertowosc (choc tegoroczny lineup jakos specjalnie mi nie zaimponowal). szkoda jednak ze tak nabito w butelke tych, co zdecydowali sie wybrac do szczytna (czy gdzie tam to sie odbywalo). coby nie mowic o metalu i jego najbardziej (prywatnym zdaniem) groteskowych odmianach, fani tej muzyki to tez ludzie, zaslugujacy na festiwal z prawdziwego zdarzenia a nie na taka zenade jak Hunterfest 2009. lacza sie w bolu z rozgoryczonymi. i beka z tych dajacych sie dymac w dupala przez organizatorow udajac, ze nic sie nie stalo, a wyzywajac narzekajacych na brak np zaplecza sanitarnego od francuskich pieskow.
jednym z najwiekszych gwiazd tej zenady mial byc Machine Head. podobnie jak wiekszosc zagranicznych gwiazd odwolal wystep w ostatniej chwili. i trudno wlasciwie sie dziwic – zespol do ostatniej chwili sadzil, ze organizator wywiaze sie z umowy i nie bedzie musial rozczarowywac fanow odwolaniem koncertu. nie ma tego zlego – machine head wystepuje w polsce dosyc czesto. moze bede mial w koncu okazje by ich zobaczyc.
bo machine head to w sumie sympatyczny zespol. nigdy jakiejs wielkiej podjarki nie mialem, ale byc moze z tego powodu moje relacje z tym zespolem najmniej ucierpialy na tym, gdy metalowe granie zaczelo mi troche kluc w uszy. moznaby ponarzekac, ze wiecej w ich graniu podazania za trendami niz ich wyznaczania. zreszta ta dyskografia MH charakteryzuje sie unikalna systematycznoscia. 6 plyt. kazde kolejne dwie plyty stanowiace reakcje na najpopularniejszy obecnie nurt w metalu. pierwsza plyta w takim dwupaku naprawde niezla, naprawde wnoszaca cos wlasnego do ow nurtu i kolejna dupna, bedaca karykatura tegoo nurtu. moim ulubionym wydawnictwem juz chyba pozostanie „burning red” – choc numetalowy, choc z rapowankami nazelowanego robba flynna, to jednak calkiem pomyslowy.
debiutancki „Burn My Eyes” wpisuje sie w maszinhedowa formule jako plyta stanowiaca podwaliny groove metalu (dzis podobne granie nazywa sie New Wave Of American Heavy Metal, huh). teoretycznie. bo choc nie jest tak thrashowa jak ostatnie ich plyty, na ktorych postanowili byc bardziej metallikowi niz sama metallica, to zdecydowanie wiecej tu oldskulu niz na wydawnictwach fear factory czy pantery. w koncu pochodzenie z Bay Area zobowiazuje. choc jesliby bawic sie w porownania z klasykami, to wiecej od ekipy Larsa U. slychac tu Slejera. zarowno tego budujacego klimat, powolnego jak najebana zolwica przy nadziei, jak i szybkostrzelnego, wrecz punkowego.
mam problem z uznaniem zarowno „BMY”, jak i machine head jako zespolu tak przelomowego dla metalu jak Pantera czy Fear Factory. przeszkadzaja zarowno niekorzystne proporcje miedzy wlasnym wkladem w gatunek a mieleniem tego co bylo juz wczesniej, a takze mimo wszystko czasem mocno niespecjalnie mocny songwriting. pierwsza plyta to przede wszystkim jej poczatek. „Davidian”. do dzisiaj najgenialniejsza oferta tego zespolu. z absolutnie wybitnym intrem i rozkurwiajaca perkusja na czele. skoro Coma po „Leszku Zukowskim” przez pol roku odpoczywala po tak emocjonalnie wyniszczajacej pracy nad tym utworem, to po „Davidianie” popelniliby zbiorowe seppuku. na naprawde, czapki z glow.
juz nie razacy taka zajebistoscia, ale wciaz solidnym utworem jest drugi singiel, „Old”em zwany z jednym z najlepszych riffow jakie wyszly spod lapy Flynna (a moze to byl Logan Mader?), nawet jesli dosyc Panterowym. solidnym strzalem w pysk mozna okreslic tez closera „Block”, a takze poprzedzajacy go „Real Eyes, Realize, Real Lies”. choc to niby bardziej miniaturka muzyczna, ale jednak robiaca piorunujace wrazenie. no i byc moze najlepszy efekt pracy flynna-teksciarza, na tamten czas mocno zaaangazowanego spolecznie.
a pomiedzy? metalowe lojenie, osiagajace moze cele stawiane w tym gatunku, ale jesliby potraktowac je kryteriami obowiazujacymi w Muzyce jako takiej to juz tak fajnie nie jest. innymi slowym – CZAD i niewiele wiecej. tak to widze. niemniej – chcac miec pojecie o metalu lat 90tych nie mozna nie znac tej plyty,
najlepszy moment: DAVIDIAN
ocena: 7/10