Mechaniczna pomarańcza
rok: 1971
reżyseria: Stanley Kubrick
Dziś ponownie o klasyce filmowej. I ponownie o filmie o którym powiedziano i napisano już wszystko, więc niespecjalnie mam pomysł czym tu mógłbym zabłysnąć.
Bo czy „Mechaniczna pomarańcza” jest filmem wybitnym? No oczywiście że tak. I tak jak przy „Lśnieniu”, które przecież też jest arcydziełem kinematografii, zostawiłem sobie pewną rezerwę w zachwytach, tak tutaj już zastrzeżeń żadnych nie mam. Poza może jednym…
Otóż film nie szokuje już jak kiedyś. Czy to wina filmu Kubricka? Absolutnie nie. I to pokazuje tylko, jak daleko zabrnęliśmy w tej fascynacji przemocą, o której, między innymi, traktuje „Mechaniczna…” oraz jej literacki pierwowzór. A przecież mówimy o filmie, którego wyświetlanie zostało zakazane w kilku krajach, a w Wielkiej Brytanii (czyli niemałym rynku filmowym) pokazywano go dopiero po śmierci reżysera. I w momencie sceny gwałtu (nie przepraszam za spoiler, mówimy o Pozycji Obowiązkowej dla każdego fana kina) łapałem się na myśleniu w stylu „eeeee, i to tyle?”. Chore, jak się głębiej nad tym zastanowić. A przecież wcale nie jestem fanem horroru, a tym bardziej gore. Ale o czym mówimy, żyjemy w świecie scen śmierci wrzucanych na TikToka i Grzegorza Brauna jako realnej opcji politycznej.
Z drugiej jednak strony – być może w tym ’71 roku tę granicę dało się przesunąć jeszcze bardziej. Tyle, że Kubrick nie był tu zainteresowany szokowaniem dla samego szokowania. I dlatego dziś mówimy o nim per Geniusz, a o „Mechanicznej…” jako klasyce filmowej. Jakkolwiek to nie zabrzmi – tutaj przemoc jest ukazana pięknie. Może i nie każdy film Kubricka starzeje się w najlepszy możliwy sposób („Lśnienie”), nie każdy musi też zgadzać się z ich przekazem – o ile każdy zdrowo myślący człowiek wie, że homoseksualizm to nie jest choroba którą należy leczyć terapią konwersyjną, tak myślę, że co do leczenia agresji i czynienia zła mogłyby być różne zdania. Natomiast jedno jest niekwestionowalne – wpływ Kubricka na popkulturę. Zresztą, o czym mówimy – w „Space Jam 2”, czyli jednej wielkiej wizytówce studia Warner Bros, znalazło się miejsce i dla Alexa, tuż obok Królika Bugsa i Harry’ego Pottera. Jest to ikoniczna postać i jest to fakt, nie opinia. A kadr z jego twarzą i wymalowanym na niej przerażeniem podczas terapii jest równie rozpoznawalny co Che Guevara patrzący w dal i Albert Einstein pokazujący język.
I tu powinna się w końcu zacząć litania pochwał dla tego filmu, począwszy od absolutnie genialnej roli Malcolma McDowella (nie ogarniam jak to możliwe, że choćby nominacji do Oscara nie dostał). Ale jak wspomniałem wyżej – co można tu napisać nowego? Mówimy o filmie, którego aspekty moralne, polityczne, socjologiczne wciąż rozkłada się na czynniki pierwsze od ponad pięćdziesięciu lat. Co ja, skromny chłopak po marketingu, mógłbym tu dodać? Jako zdeklarowany muziarz chyba tylko tyle, że w sumie szkoda, że chłopaki z Pink Floyd odmówili wykorzystania ich muzyki w filmie. Przepiękna kropka nad „i” by to była.
najlepszy moment: myślę, że to dobrze, że Kubrick olał ostatni rozdział książki Burgessa – to zakończenie jest perfekcyjne
ocena: 9,25/10