Måneskin
kto: Måneskin
Ciekawa koincydencja – dzień przed tym, jak nasza BEJBA próbowała (niestety nie do końca udanie) zawładnąć sercami i uszami europejskich słuchaczy, w Warszawie wystąpił zespół, który konkursowi Eurowizji zawdzięcza najwięcej.
Nie ma co ukrywać, przez długi czas miałem problem z Maneskinem (wybaczcie, ale ze względu na oszczędność czasu nie będę się bawił w zapis nazwy z kółkiem nad „a”). Nie jestem jakimś obrońcą rockowych ideałów sierpnia, ale gitarowy zespół wypływający na szerokie wody za sprawą najbardziej kiczowatej, mainstreamowej imprezy w dziejach muzyki trąci lekką ściemą. I nawet nie dlatego, że granie rocka musi stać w opozycji do tego, co reprezentuje Eurowizja – bo nie musi. Rzecz w tym, że jest to niejako droga na skróty – bo o wiele łatwiej się wyróżnić ze swoimi gitarami na imprezie zdominowanej przez pop we wszystkich jego odmianach niż w okolicznościach rockowych. Co też doskonale widać po publice włoskiego kwartetu, dla ktorych Maneskin to dosyć często jedyny gitarowy zespół na ich playlistach (lub w kolekcjach CD). Raczej nie jest to casus Linkin Park, sztandarowy przykład zespołu typu gatekeeper, będący wstępem do wsiąkania w dany nurt muzyczny. Oczywiście nie przekreślam możliwości że ktoś dzięki Maneskin odkrył Led Zeppelin czy Stooges. Ale intuicja – i też obserwacja w ramach pracy, bo Maneskin wydaje w Sony – podpowiada mi że stosunkowo jest to mniejszość.
Ale im dalej w las tym moja opinia o sympatycznych Włochach stawała się coraz bardziej liberalna. Bo kiedy odciążyć perspektywę z oczekiwań wynikających z faktu że mowa o jednej z aktualnie najpopularniejszych młodych rock kapel na świecie, to naprawdę da się ich posłuchać z niekłamaną przyjemnością. A wydana w styczniu płyta „RUSH!”, nawet jeśli zdecydowanie nie pozbawiona wad, to w dużej mierze kawał uczciwego, energicznego grania. Nie miałem więc najmniejszych wątpliwości czy chcę skonfrontować się z ich koncertowym wydaniem.
Co tu dużo mówić – życzę każdemu, by tak efektywnie spłacał jakikolwiek kredyt jak ten, który Maneskin zaciągnął u słuchaczy. Wprawdzie nie mam na imię Wiesław, ale mam wąsy, więc mogę napisać krótko – rockowa uczta! Ale naprawdę – trzeba mieć wiele pewności siebie i swojej twórczości, by zagrać dwugodzinny koncert – a mowa o zespole z zaledwie trzema albumami na koncie – bez jakichkolwiek efektów specjalnych, fajerwerków, bajerów. Być może najbardziej efektowny był sam początek, kiedy olbrzymia czerwona kotara zasłaniająca zespół opadła dopiero w połowie pierwszego numeru. No dobrze, podczas „Gasoline” były słupy ognia, dwie ballady były odegrane z mini sceny umieszczonej na środku Torwaru, na „I Wanna Be Your Slave” była akcja typu skok z pozycji kucającej, a na finałowym „Kool Kids” na scenie bawili się fani (fanki, jeśli być precyzyjnym). Ale to dosłownie wszystkie niestandardowe akcje. Tyle to dzieje się na próbach Coldplay’a czy U2 i to wtedy, kiedy grają je na kacu.
Odważnym jest też zacząć koncert od hitów – bo „Gossip” to przecież ich aktualnie największy przebój, a eurowizyjny „Zitti E Buoni” to ten, od którego wszystko się zaczęło. Później już mieliśmy wysyp mniej oczywistych utworów, ale praktycznie odegrali każdy swój singiel, włącznie z już legendarnym coverem „Beggin'”. „I Wanna Be Your Slave” zabrzmiało nawet dwa razy i chyba nikt nie narzekał na ten fakt. Nikt chyba nie narzekał też na to, że Damiano nie rozpieszczał konfenansjerką – chociaż coś tam pogadał między utworami. Raczej small talk, bez większych przesłań natury społeczno-politycznej, jakie były ich domeną przy poprzednich wizytach w Polsce. Odważyłbym się stwierdzić, że show skradli mu wiosłowi – solówka Thomasa przed „The Loneliest” pokazała, że komplementy Toma Morello w jego stronę nie były tylko kurtuazją.
Tak, weszli na rockowy panteon tylnym wejściem. Ale urządzają się na nim całkiem nieźle i naprawdę uczciwie, co warto odnotować w dobie plagi playbacku, dotykającą także „legendy rocka”. I nie wiem czemu miałbym ocenić ten koncert niżej.
najlepszy moment: GASOLINE
ocena: 8/10
