Madonna – Like A Prayer
wydawca: Sire
Jak sprawić by fan rocka sfiksował? Bardzo prosto – spytać się go, który z pierwszych czterech albumów Led Zeppelin jest najlepszy. Jak się jednak okazuje, poppersi mają bardzo zbliżony problem. I też on dotyczy czterech pierwszych płyt. Tyle że popełnionych przez niepozorną damę, co się Madonna zowie.
Nawet ci, którzy preferują bezpretensjonalny dance-pop z debiutu muszą przyznać, że rozmach produkcyjny „Like A Prayer” budzi szacunek, nawet jeśli czasem trąci o mielizny. Jeśli czytam, że to na „LAP” Madonna została Artystką, wznosząc Pop do rangi sztuki, to jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie wewnętrznego sprzeciwu, nawet jeśli wciąż wyżej będę stawiał „True Blue” (w tej kwestii nic się już raczej nie zmieni) czy „Madonnę” (tu się waham). Zbyt mocno ta płyta namieszała, tak na listach przebojów (aż 6 singli), jak i w głowach ludzi (także tych niezwiązanych z muzyką), by się silić na oryginalność i kwestionować wielkość tej płyty.
Co ciekawe, można dostrzec pewną sinusoidalność w tej wczesnej dyskografii Madonny. Jeśli „Madonna” i „True Blue” szokowały głównie (jeśli nie wyłącznie) niebotycznie wysokim poziomem kompozycji, tak ich następczynie atakowały na dwa fronty – muzyczny, jak i socjologiczny. Zbieżność ich tytułów nie ma nic z przypadku – o ile na rok wydania „Dziewicy” datowana jest największa seksualna rewolucja od czasu Elvisa, tak „Prayer” to atak na Religię (choć w tym przypadku jest to dość równoznaczne z Kościołem Katolickim) na taką skalę, o jakiej trzódka blackmetalowa może tylko pomarzyć. Przy całym cynizmie i wyrachowaniu Madonny, która na tej wysokości miała tajniki biznesowe i PRowe opanowane do perfekcji, warto jednak odnotować, że treści zawarte na „Like A Prayer” nie wzięły się znikąd, mając swe korzenie w biografii Madonny. Rozwód z Seanem Pennem, wkroczenie w czwartą dekadę życia i związane z tym rozkminy rodzinne (matka Madonny zmarła na raka właśnie w wieku 30 lat), wątpliwości natury wyznaniowej – to wszystko znajduje tu swe pokrycie. Nie będzie przesadą teza, że nie tylko nigdy wcześniej teksty na płycie Madonny nie odgrywały takiego znaczenia jak na „LAP”, ale też i później.
No dobra, ale słuchamy muzyki dla muzyki, a nie dla tekstów, rajt? Nie ma innej możliwości, by w pierwszej kolejności nie wymienić tracka tytułowego. Co tu dużo mówić, produkcyjny masterpiece. Gospelowe chórki, mrocznie przycinająca gitarka, perkusjonalia – Patrick Leonard, który złożył to wszystko w całość potwierdził, że całkowicie zasługuje na miejsce po prawicy Królowej. Jego nazwisko też występuje przy zdecydowanej większości tracków, wśród których znajdziemy kolejny flirt z latynoskim klimatem w „Pray For Spanish Eyes”, uptempowy kawałek przypominający czasy „Like A Virgin” („Till Death Do Us Part”), fortepianowa ballada „Promise To Try”, także balladowy, choć bardziej rozbuchany aranżacyjnie „Of Father”, arcygenialne nawiązanie do psychodelicznych brzmień rodem z „Yellow Submarine” czy „Being For The Benefit Of Mr. Kite!” (tak, to nie pomyłka, słusznie kojarzycie z Fab Four) w kołysankowym „Dear Jessie” czy przede wszystkim mój najulubieńszy „Cherish”, który ma refren brzmiący tak, jakby nasączono go całą Miłością, jaką można wykrzesać z populacji ludzkiej.
Tym razem dla drugiego ze stałych współpracowników – Stephen’a Bray’a – znalazło się miejsce na dwa indeksy. Wiem że „Express Yourself” ma swoich wyznawców – ja nigdy nie kupowałem genialności tego kawałka, poza tym zawsze mi on trącił kopią „Vogue” (tak, wiem że ten drugi powstał później). Zdecydowanie bardziej wolę „Keep It Together” – przepysznie funkowa rzecz, będąca jawnym trubutem dla klasyków gatunku. A skoro mowa o funkowych legendach – pod numerem trzecim kryje się rzecz o niepozornym tytule „Love Song”, będąca wynikiem kooperacji z nikim innym jak Prince’m. Niestety, jak na spotkanie 2/3 Świętej Trójcy Popu to brzmi to strasznie niemrawo. Co dziwi tym bardziej, gdy wziąć pod uwagę, jak genialne kawałki Książe potrafił pisać dla innych wokalistek („Nothing Compares 2 U”, anyone?).
Pomimo drobnych minusów – kolejna klasyczna pozycja w dorobku Królowej. Jej „IV”? Sprzeciwu brak.
najlepszy moment: CHERISH
ocena: 9,5/10
