rageman.pl
Muzyka

Lost In Space: Original Motion Picture Soundtrack

rok wydania: 1998

wydawca: TVT Soundtrax

 

okej, po wczorajszym wybryku wracamy znow na chwile do tematu soundtrackow. a przy okazji pomowimy o czyms, co w sumie rzadko sie pojawia na tym blogu – elektronika.

o samym filmie, ktoremu dzisiejszy soundtrack towarzyszy, wiem tylko tyle, ze jest to kinowa wersja jakiegos oldskulowego serialu amerykanskiego. i ze gra w nim moj ziom gary oldman a takze moja niespelniona milosc heather graham (w ktorej tez podkochiwal sie dale cooper w „twin peaks”). i szczerze mowiac nie wiem czy chce bardziej wglebic sie w temat. natomiast warto nadstawic ucho na to, co dzieje sie na sciezce dzwiekowej z tego filmu.

elektroniczne zespoly na tego typu wydawnictwach to wcale nie taka oczywistosc. oczywiscie 9 piosenek (8 wykonawcow) to za malo by mowic o chocby przyzwoitym przegladzie przepasnej sceny elektronicznej, natomiast daje dobre wyobrazenie o tym, jaka elektronika rzadzila w mainstreamie 10 lat temu.  polamany, energiczny rytm, gitary elektryczne, sporo wokali czy to „naturalnych” czy samplowanych… slowem – elektronika w duchu rockowym. czego symbolem byla popularnosc „the fat of the land”. the prodigy na „lost in space” wprawdzie nie ma, ale i tak sporo tutaj „prodidzowania”.

zaczynaja Apollo 440, zespol wlasciwie jednego hitu „Ain’t talkin bout dub” opartego na samplu gitary van halen. tutaj przerabiaja motyw glowny serialu autorstwa johna williamsa w swoim stylu, czyli bardzo podobnym do tego co wyprawiaja keith flint i spolka. efekt koncowy jednakze spoko. natomiast drugi ich kawalek tutaj – „Will & Penny Theme” zaskakuje ambientowoscia.

Juno Reactor & The Creators dostarczaja plycie sporo niepokoju i psychodeli. kosmos, w ktorym rzeczywiscie mozna sie pogubic. to komplement.  nie zdziwilbym sie gdyby sie okazalo, ze The Crystal Method cieszy sie podobnym powazaniem w srodowisku fanow dynamiczniejszej elektroniki co Pendulum. czyli znikomym. ale dla mnie „Busy Child” to swietny kawalek, na wieczorny spacer a’la naspeedowany korzeniowski jak znalazl. prawdziwa bomba to jednak „Bang on!” Propellerheadsow. tu juz popowej taryfy ulgowej nie ma. wwiercajaca sie w glowe gitara, jak najbardziej prawdziwie brzmiaca perka (choc gra raczej NADczlowiek). robiiiiiiii. fatboy slim ze swoim prawie-funkiem („everybody needs a 303”) brzmi troche tutaj od czapy. ale to dobry kawalek. „Song For Penny” Death In Vegas troche meczy ucho i nie tylko za sprawa wybitnie wkuriwajacego dzwieku na poczatku. „Lost In Space” nieznanej mi zalogi o nazwie… Space, brzmi najbardziej rockowo w tym i tak dosc eklektycznym towarzystwie. spoko.

jesli ktos nie dostal jeszcze schizofrenii, to po wejsciu tracka numer 9 moze juz spokojnie wymieknac. bo dalej dostajemy muzyke filmowa. taka „prawdziwa”, orkiestrowa. autorstwa niejakiego Bruce’a Boughtona. i nie jest to zla muzyka, jednak milszym wyjsciem byloby dorzucenie jeszcze paru wykonawcow w klimatach pierwszej czesci zestawu.

wiec generalnie jest milo. wiadomo, ze nie ma co oczekiwac po soundtracku do wysokobudzetowego filmu zawodnikow typu aphrodite, nightmares on wax czy nawet aphex twin. dlatego milo ze jest to co jest. tym bardziej ze to w wiekszosci przypadkow dobre numery, ot co. dobry zestaw dla elektronicznych laikow, m.in. jak ja.

 

najlepszy moment: PROPELLERHEADS – BANG ON!

ocena: 7/10

Leave a Reply