rageman.pl
Muzyka

Let Me Introduce You To The End – A Love Of The Sea

310260_500rok wydania: 2005

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

dzis po polsku. i baaaaaaaaardzo emocjonalnie.

zreszta z taka nazwa chyba nie mozna grac dancehallu badz teen popu. myslalem ze metalcoreowcy maja kuriozalne nazwy, ale nasz dzisiejszy bohater przebil wszystkich.

i tak moglbym sobie odplynac w te sarkastyczno-zlosliwe komentarze, tyle ze… widzicie, troche liznelismy temat przy Nine Inch Nails, ale tutaj mamy idealny przyklad do kejsu, o ktorym chce z Wami dzis pomowic. otoz wydaje mi sie, ze nieladnie jest smiac sie z czyichs emocji i wrazliwosci, nawet jesli sa one uwidaczniane w bardzo „dziwny”, groteskowy sposob. zaraz coponiektorym zapali sie lampka „oho, rejdz bierze w obrone Emo, bedzie smiesznie”. nie, nie do konca tak. bo lazarzy uzywajacych eyelinerow i prostownicy nic w mojej opinii nie uratuje. zreszta, o jakich my tu emocjach w kontekscie tych gniotow mowimy?

co innego NIN czy dzisiaj omawiana kapela. choc moznaby zaczac od tego, ze takze pod szyldem Let Me… nie kryje sie zadna kapela, a jeden czlowieczek, Ryan Socash. podobnie jak np Glennsky, Ryan przybyl do nas z dalekiej Ameryki. zamiast jednak zamieszkac nad slonecznym Baltykiem wybral mniej sloneczny, smierdzacy artyzmem Krakow. dalszy efekt tej imigracji mozna uslyszec na dzis omawianym albumie, po paru latach od premiery sklepowej udostepnionego za darmo w internecie.

no ale wrocmy do poprzedniego watku. to, ze Ryan jest bardzo wrazliwym gosciem doslownie wyziera z kazdego aspektu jestestwa tego projektu. muzyki, okladki, tekstow, strony internetowej. damn, facet nawet do plyty dolaczyl „List do Polakow”. kazdy ma chwile ze deszcz w duszy pada, dzieciaku, no ale kurde bez przesady. mam sporo emptatii w sobie, ale przyznam szczerze ze staram sie ograniczac kontakt z ludzmi, ktorzy maja dola niejako z zalozenia – takze z ich tworczoscia. swiat to syf, fakt, ale mimo wszystko warto dla zdrowia psychicznego poudawac ze tak nie jest i cieszyc sie z najmniejszych pierdol. bo chyba o te pierdoly koniec koncow chodzi. dlatego tez zamiast krecic beke z takiego klimatu, ktory kazdy z nas przeciez co jakis czas przerabia, wole wymowmnie zamilczec.

tyle ze moglibysmy sobie darowac cale te powyzsze refleksje darowac, gdyby bronila sie sama muzyka. niestety, tutaj jest takze niewesolo. w kazdym tego slowa znaczeniu. na pewno warto docenic instrumentalna bieglosc Ryana, o ile to on sam ogarnial aranzacyjnie te 10 kawalkow. wszak to nie tylko gitary (w 90 procentach akustyczne) i sekcja rytmiczna, ale takze klawisze, skrzypce i mnostwo ambientowych tel. w sporej mierze partie te nie mieszaja sie zanadto, dajac raczej chillujace brzmienie, aczkolwiek sporo tu partii gdzie napiecie siega zenitu w postrockowy, moze nawet Sigur Rosowy sposob.

no tak, ale czemu nie jest tak fajnie, skoro jest fajnie? bo moze galopuje to w strone progresywna w takim tempie, ze gubi po drodze melodie? niby sa, niby daja znac o sobie, ale w tak niemrawy sposob, ze czlowiek sie zastanawia czy na pewno one tam sa czy to jednak fatamorgana. trudno nawet tu znalezc wyjatek potwierdzjacy regule. no chyba ze „Between The Sky And The Sea” – ale tu wspominka nalezy sie nie za melodie, a sama kompozycje, calkiem zgrabna instrumentalna galopade.

posluchac mozna, ale cholera – nie przy takiej pogodzie jak dzis. wrocmy do tematu za pol roku.

 

najlepszy moment: BETWEEN THE SKY AND THE SEA

ocena: 6,5/10

Leave a Reply