The Legendary Pink Dots
kto: The Legendary Pink Dots
Kropki wlazły na scenę tak po wpół do dziewiątej. Bez zapowiedzi, ot, wchodzą na scenę i jedziemy. Rzuca się w oczy niezwykłe instrumentarium. Niels na instrumentach „dmuchanych” 😉 – chyba najbardziej rozrywkowy. Podobało się zwłaszcza, gdy wyszedł z saksofonem (w którym było zainstalowane coś na kształt żarówki) w tłum. Gitarzysta, którego gra bardziej polegała na kontrapunktowaniu dźwięków wydawanych a to przez saksofon, a to przez flet. Poza tym „didżej”, który w głównej mierze był odpowiedzialny za rytm w piosenkach. No właśnie – nie było perkusji. Na początku szok – dla mnie przynajmniej, jako maniaka tego instrumentu. Ale dało się przyzwyczaić do tego braku. Zwłaszcza że niektóre bity były naprawdę dobre. Daleko do „taneczności” (na szczęście), ale jednak główka się kiwała i jakoś dzięki temu lepiej się wchłaniało te dźwięki. A dźwięki, trzeba to przyznać, niełatwe. Zwłaszcza gdy połączone z wokalami i tekstami pana Ka-Spela. Hmmm, no właśnie, trochę z tymi <span style=”color:red”>tekstami</span> był pewien problem. Bo wiadomo, że w Kropkach ważne jest to, o czym pan lider śpiewa. A ponieważ jego mowa jest baaaaaaaaaardzo angielska (choć, o dziwo, jest Holendrem), to niewiele dało się zrozumieć. Chciałoby się zwalić winę na nagłośnienie, ale z tym akurat tego wieczora wszystko było git. To chyba mój angielski zawinił…
Ech, no ale może jakieś podsumowanko? Ano było WYYYJEBANIE. Piosenki LPD mogę podzielić na trzy kategorie. W jednej – piosenki „zwykłe” (żeby każdy grał takie „zwykłe” piosenki…), które można by określić mianem alternatywnego rocka. Cokolwiek to znaczy. Czyli jest dziwnie, jest zakręcone, ale bez przypałów. Druga kategoria to numery, które podlane są takim humorzastym sosem. Sprawiają wrażenie jakichś pozytywniejszych, choć to tylko pozory… chociaż… No i moja ulubiona kategoria – czyli te najbardziej zdołowane kawałki Kropek. Nie lubię się bawić w szufladki, więc ciężko opisać tę muzę. Może tak – jeśli ścieżkę dźwiękową z „Twin Peaks: Ogniu Krocz Ze Mną” podlać bardziej gitarowym sosem, to moglibyśmy otrzymać coś bliskiego muzyce Kropek. Czyli dół, przygnębienie i jednocześnie lekka paranoja, schiza… tyle skojarzeń. Może ktoś się załapie na koncert Kropek, bo oni lubią przyjeżdżać do Polski. Naprawdę warto, bo to niesamowita kapela. O czym przekonało się wielu zebranych w Uchu (choć… chyba większości nie trzeba było przekonywać…), którzy w ramach wdzięczności wywoływali zespół trzy razy. Dwa razy Kropki dały się przekonać na bisy, potem dali już sobie spokój.
najlepszy moment: WYRÓŻNIENIA BRAK
ocena: 7,5/10
