Led Zeppelin – Led Zeppelin
rok wydania: 1969 (reedycja: 1994)
wydawca: Atlantic
Znów o klasyce rocka. A konkretnie o tym, jak to wczesny Led Zeppelin wciąż nie daje mi spokoju, przez co stosunkowo wcześnie do niego wracamy po ostatnim razie. Aha, i znów genialna okładka.
Najlepszy debiut w historii rocka? Cholera, silna konkurencja w tym temacie, nawet w samych latach 60-tych znalazłoby się sporo pretendentów do tego tytułu. Ale goddamit, kiedy spróbuje się uświadomić sobie historyczne znaczenie tego albumu, to, ile barier w świecie muzyki przekroczył, ilu muzykom namieszał w głowie (i wciąż miesza), NO NAPRAWDĘ. Płyt nie powinno się słuchać za zasługi, ale już pod tym względem trzeba oceniać ten album jak najwyżej.
Zwłaszcza że ma dwa znaczące punkty przewagi nad „dwójką”. Po pierwsze – ten album jest jeszcze bardziej przełomowy, bo po prostu był pierwszy, pionierski z tą niesamowitą produkcją, mieszaniem bluesa z folkiem i hard rockowym ciężarem. Logiczne, co nie? Po drugie – pisaliśmy, że zajebistość drugiego albumu Led Zep uderza bardziej na płaszczyźnie całościowej aniżeli za sprawą konkretnych jego elementów. Innymi słowy – tam nie ma moich ulubionych piosenek. Tutaj już takowe występują.
Przede wszystkim „Babe I’m Gonna Leave You”. Nawet jeśli trochę boję się nazwać go najlepszym trackiem LedZep (hello, we’re talking ’bout LED-MUTHAFUCKIN’-ZEPPELIN, okay?), to w prywatnej klasyfikacji spokojnie zgarnia 10/10. Niby dynamika tej kompozycji jest stosunkowo prosta – ot, w zwrotkach akustyczne wyciszenie przerywane niby-refrenem. Ale halooo. Owe zwrotki dysponują jedną z piękniejszych partii gitar w rocku, a te niby refreny to afera na skale międzyplanetarną. Sprawdźcie tę partię wchodzącą po raz pierwszy w okolicach 2:30 – to przecież może być najcięższy motyw w historii muzyki popularnej (TY RY RY RY RY, BUM!), jednocześnie nie mający nic wspólnego z ciężarem w powszechnym jego dzisiejszym rozumieniu. Czyli jeśli już to Wagner, a nie metal. Co najbardziej niesamowite, całość nie jest skonstruowana na zasadzie zwyczajnego przekładańca, wszystko ma tu swój ciąg przyczynowo-skutkowy, tak w warstwie instrumentalnej, jak i przede wszystkim wokalnej. To co wyprawia tu Plant to w ogóle osobny temat przynajmniej na kolejny akapit. Partia godna Oscara, może nawet Nobla. Powiedzieć, że ten wykon jest pełen emocji to jak nic nie powiedzieć.
Tuż obok „Babe” usadawia się „Dazed And Confused”. Mimo wszystko pod względem formalnym zdecydowanie bardziej pokomplikowana sprawa, pozwalająca w warunkach koncertowych rozciągnąć numer do 40 minut nawet (!!!). No i bardzo ładnie przedstawia się przed milionami słuchaczy pan Page grający smyczkiem na gitarze. Na osobny akapit zasługują czyste bluesiory (zresztą autorstwa nie Zeppelinów, a Willie Dixona): „You Shook Me” i „I Can’t Quit You Baby”. Przezacne, ale nie będę ukrywał – akurat nie za takie granie pokochałem ten zespół. Już o wiele bardziej czuję „How Many More Times”, z Bolerowską partią gitary.
Płyta zdecydowanie bardziej stoi dłuższymi, epickimi kompozycjami, jakich trochę zabrakło na jego następcy. Ale hej, w temacie szybkostrzelnych rockerów tez nic nie daje tu okazji do wstydu. Zresztą, o czym my tu mówimy? „Communication Breakdown”, „Good Times Bad Times”. Dla wyczerpania tematu tej dziewięcioutworowej płyty wspomnijmy jeszcze o dwóch indeksach – orientalnej, gitarowej miniaturce „Black Mountain Side” i jakoś wyjątkowo nieprzekonującym mnie, organowo-patetycznym „Your Time Is Gonna Come” (wiecie że to ponoć ulubiony numer Slasha?).
Wszystko prowadzi niechybnie do wniosku, ze to lepsza płyta od „dwójki”. Ale jak to, kolejne 10/10 z rzędu? No nie wypada. Zwłaszcza że jednak mam innego kandydata na miano Absolutu w kategorii Led Zep. Ale o tym już niedługo…
najlepszy moment: BABE I’M GONNA LEAVE YOU
ocena: 9,5/10