Led Zeppelin – Led Zeppelin IV
wydawca: Atlantic
… a może to już dziś? Może to właśnie „IV” jest tym Led Zeppelinowym 10/10?
Najkrócej rzecz ujmując – jeśli nie „Czwórka” to co? Mogę rozkosznie uginać kolana pod ciężarem „II”, jarać się trackami z debiutu, odlatywać przy rzeczach z albumów posiadających już swe własne tytuły. ale jeśli kierować się rozumem, to nie ma opcji – trzeba IV uznać za najwybitniejszy album Led Zep. A serce nie protestuje.
Najlepszy argument ku przyznaniu tej płycie maksymalnej oceny czai się pod czwartym indeksem i posiada bardzo niepozorny tytuł „Stairway To Heaven”. Powiedzieć że ten numer jest fenomenem to tak, jakby odkryć, że ziemia jest okrągła. Można się zżymać, dystansować, oficjalnie deklarować znużenie tym numerem. Ale jeśli się choć minimalnie lubi rocka, to nie ma opcji, by przy nawet tysięcznym odsłuchu krew nie zawrzała (w Stanach ponoć istnieje radio odtwarzające tylko ten numer i całkiem nieźle sobie radzi – jeszcze jakieś pytania?). Ten numer jest po prostu Perfekcyjny, pod każdym względem – wykonawczym (solówka Page’a, WIADOMIX, ale przysłuchajcie się temu co robi Bonzo), produkcyjnym (choć pod tym względem reszta płyty to też nie ułomki – vide chociażby klawisz przepuszczony przez armie przesterów w „Misty Mountain Hop”), kompozytorskim (archetyp ballady rockowej JAKBY), dramaturgicznym (encyklopedyczny przykład budowania napięcia). A to, co się dzieje od okolic szóstej minuty… brak mi słów, repertuar komplementów wyczerpany. Powiem więc inaczej – od nadmiaru słuchanej Muzyki czasem bywam już znudzony. I właśnie te dwie minuty „Stairway To Heaven” potrafią jak żadne inne dźwięki przypomnieć mi, dlaczego pokochałem tę dziedzinę sztuki.
Pozostałe 7 numerów ma się tak jak to „StH” jak Real Madryt czy ManU do FC Barcelony. Czyli wymiatają, ale nie AŻ TAK ZAJEBIŚCIE MOCNO. Niezależnie czy w sensie dosłownym (gdyby jakakolwiek inna płyta zaczynała się od „Black Dog” i „Rock And Roll” to moglibyśmy po tych dwóch numerach ją wyłączyć, uznając że nic lepszego już nas dalej nie spotka), jak i przenośnym. Tu muszę w pierwszej kolejności wspomnieć o „When The Levee Breaks”. Niby na papierze wygląda to tak, ze panowie Zeppelinowie do bluesrockowych korzeni wrócili. Ale to jest coś znacznie, znacznie większego. Przede wszystkim – BEAT Bonhama. Tak, to dobre słowo. Bo przecież mówimy o partii niejako dającej narodziny podkładom hiphopowym, partii samplowanej milionowa ilość razy. Ktoś urodzony wczoraj zdziwi się „eeee, przecież to nic specjalnego, prosta zagrywka”. Ale kaman, SAUND TEGOŻ, no i przede wszystkim – sprawdź datę tejże zagrywki. 1971. Eminema nie było na świecie, a P Diddy wciąż na kupę mówił papu, OK? BTW przypomniała mi się cudna wersja tego numeru w wykonaniu A Perfect Circle. Choć w sumie ciężko mówić o coverze, skoro obie wersje pod względem instrumentalnym nie łączy absolutnie nic.
Ale skoro jesteśmy przy odwołaniach do współczesnej sceny – warto wyłapać, jak wiele z tych dźwięków zainspirowało wiadomy nurt z Seattle. Przede wszystkim – porównajcie „Going To California” z Pearl Jamowym „Given To Fly”, zwłaszcza w obrębie zwrotek. Podobne dość, co nie? Mniej winni powinni się natomiast czuć koledzy z Soundgarden, bo ich „Spoonman’a” łączy z „Four Sticks” podobieństwo głównie, hm, mentalne, bez konkretnych dźwiękowych naleciałości. Jeszcze tylko najpiękniejszy po „StH” numer tutaj, czyli „The Battle Of Evermore”, mi już na zawsze kojarzący się z kultowym soundtrackiem do „Singles” i możemy zamknąć temat spostrzeżeniem, ze grunge uczył się odsłaniać swe piękno tak w aranżacjach przesterowanych, jak i unplugged’owych właśnie na podstawie tej płyty (choć warto oddać tu honor „III” za przecieranie szlaków, nawet jeśli nie robiła tego w tak okazały sposób).
Mówiąc wprost: dobra płyta w ch**.
najlepszy moment: THE BATTLE OF EVERMORE (FEAT. SANDY DENNY) (ale to głównie dlatego, iż „Stairway To Heaven” już wyróżnialiśmy przy okazji „Remasters”)
ocena: 10/10
