Led Zeppelin – Led Zeppelin
rok wydania: 2003
wydawca: Atlantic
Dzisiejszą notkę chciałbym poświęcić jednej z najlepszych kapel wszechświata, czyli Led Zeppelin. Okazja ku temu niebywała, gdyż dzisiaj to właśnie miałem niebywałą przyjemność obejrzeć megaglanckie DVD tegoż zespołu. Rzecz wydana w tamtym roku, zawierająca dwa dyski przepełnione fragmentami koncertów Planta i spółki, trwająca razem, uwaga uwag, 5 godzin i 20 minut. Czyli konkretna jazda. Opisujemy? Opisujemy.
Dysk pierwszy to przede wszystkim koncert z Royal Albert Hall z roku 1970. Czyli mamy do czynienia z zespołem dosyć jeszcze młodym, ale już ogłoszonym na Wyspach Brytyjskich swoistym fenomenem. Ogladając ten koncert można się domyśleć czemu. Choć jakość dźwięku (mimo iż transfer na DVD siłą rzeczy swoje poprawił) i obrazu bardzo cienka, to jednak energia kipiąca z ekranu pozwala zapomnieć o tych niedogodnościach. Pomimo iż widać że to młodzieniaszki, to jednak pojecie o rokendrolu już wtedy mieli ogromne. Co warto zapamiętać z tego koncertu? „Dazed And Confused”, czyli popisy Jimmy’ego Page’a na gitarze przy użyciu smyczka. „White Summer”, czyli Page solo, jedynie momentami wsparty przez John Bonhama na perce. Nieśmiertelne „Whole Lotta Love” i „Communication Breakdown”. Bluesowe standarty typu „Something Else” czy „Bring It On Home” (przy drugim Robert Plant wreszcie chwyta za harmonijkę ustną). No i przede wszystkim „Moby Dick” z jedną z najgenialniejszych solówek na perkusji jakie widziały me oczy. Miazga! Tym bardziej, że Bonham miał wtedy zaledwie 21 lat!! Z dodatków na tej płycie mamy promocyjny klip koncertowy do „Communication Breakdown” z ’69 roku, czyli jeszcze młodsze chłopaki. Półgodzinny, czterokawałkowy koncert dla duńskiego radia także z ’69 roku (kameralny nastrój, dobra rzecz). „Dazed And Confused” z brytyjskiego „Supershow” (znów ’69 rok) – miłe, ale bez rewelacji. A na samym końcu dwa kawałki z występu we francuskiej telewizji, gdzie razi przede wszystkim niesamowicie niemrawa publika (ponoć po tym występie Zeppelini zdecydowali się ostatecznie nigdy więcej nie występować w TV).
Dysk drugi to już 3 koncerty. Zanim jednak do nich przejdziemy widzimy koncertowy klip do „Immigrant Song” z ’72 roku. Genialna piosenka, wiec klip, chcąc nie chcąc, również wyśmienity. Choć wizja i fonia to fragmenty dwóch różnych występów to jednak wcale tego nie widać. Przechodzimy do pierwszego koncertu, czyli występ na Madison Square Garden z ’73 roku. Niby tylko trzy lata, ale ile zmian nastąpiło! Już nie mamy do czynienia z lokalnym fenomenem a z megagwiazdą pracującą na miano zespołu kultowego. Co zwraca uwagę? Na pierwszy rzut oka – jeszcze bardziej frywolne ciuszki zespolu, hehe. Bonham już nie z młodzieńczym zarostem pod nosem, a konkretnymi herami i bokobrodami. No i tutaj właśnie widać, ze John Paul Jones to nie tylko genialny basista, ale również całkiem sprawny klawiszowiec. Dobra jakość obrazu i dźwięku, więc ogląda się przyjemnie.
Przeskakujemy do roku ’75, do Earls Court. Widzimy przez pierwsze dwa numery Zeppelinów w wersji unplugged, co pomaga nam uświadomić, że to nie tylko głośno grający zespół rockowy, ale również grupa niezwykle utalentowanych muzyków, których kompozycje nawet w wersjach akustycznych nie tracą nic ze swego uroku. „Going To California” i „That’s The Way” to tylko Page i Jones na akustycznych gitarach i Plant na wokalu. Dopiero w „Bron Yr Aur Stomp” wchodzi rytm wybijany przez Bonhama. Ale już od następnego w kolejności „In My Time Of Dying” Zeppelini znów się podłączają do prądu. Na sam koniec tego koncertu – przepiękny „Stairway To Heaven”.
No i ostatni koncert na płycie, czyli relacja z Knewborth z ’79 roku. Rzecz historyczna, gdyż jest to ostatni występ tej czwórki. Czyli obcujemy z już znacznie starszymi panami. Zniknął hippisowski image, widzimy Jonesa ubranego elegancko na biało i Page’a w niebieskiej koszuli wsadzonej w spodnie i z dosyć przerzedzoną fryzura. I tylko Plant z tradycyjnie odsłoniętą klatą przypomina, z kim mamy do czynienia, mimo iż również po nim widać bezlitośnie upływający czas. Co tu mamy? Czysty rock and roll w numerze… „Rock And Roll”. Galopujący do przodu „Achilles Last Stand”. Klimatyczny „Kashmir”. Oraz kończący całość „Whole Lotta Love”, a raczej wariacja na temat. Jeśli chodzi o dodatki to mamy tu głównie wywiady i klipy promocyjne z ’90, powstałe na potrzeby wydanego w tym czasie składaka „Remasters”.
Fascynująca podróż. Rock and roll, panowie. Kto nie zna ten dupa.
najlepszy moment: IMMIGRANT SONG
ocena: 9/10
