Led Zeppelin – In Through The Out Door
wydawca: Swan Song
Uzupełniamy omówienie dyskografii Led Zep o kolejną pozycję.
Nietypową, dodajmy. A mówiąc wprost – zdecydowanie najsłabszą w ich katalogu. Choć podkreślmy, że mówimy o Led Zeppelin i wskazywanie najsłabszej ich płyty to jak wybieranie najbrzydszej laski w kalendarzu Pirelli. Ale nie ma co ukrywać, że ta płyta ma tyle chybionych strzałów, ilu chyba nie było na wszystkich ich poprzednich płytach łącznie.
A zaczyna się wybornie. Bo jak dla mnie „In The Evening” to posągowy numer na miarę „Achilles Last Stand”, a wiodąca zagrywka to kandydat do pierwszej dziesiątki rzeczy, które wyszły spod palców Page’a. Inna sprawa, czy rzeczywiście jego autorstwo należy przypisywać właśnie jemu, a nie John Paul Jones’owi. Jak powszechnie wiadomo, ta płyta to przede wszystkim dzieło basisty, do spółki z Plantem. Owa spółka autorska powstała w dość prozaiczny sposób – jako jedyni byli trzeźwi podczas sesji nagraniowych. Page odlatywał w tym czasie w dragi, przez co po raz pierwszy na płycie sygnowanej nazwą Led Zeppelin znalazły się aż dwa kawałki nie jego autorstwa. Wynik i tak niezły – taki Bonham nie podpisał się pod żadnym kawałkiem, coraz bardziej pochłonięty alkoholizacją. Co, jak wiemy, skończyło się dla niego tragicznie niedługo po wydaniu płyty.
I w sumie to przykre, że Jones, którego niedostatecznie doceniany geniusz jest równie wielką niesprawiedliwością świata Muzyki co marginalizacja roli Harrisona w The Beatles, jest głównym winowajcą tak średniej płyty. Choć sprawiedliwiej byłoby powiedzieć – nierównej. Bo przecież wciąż ocierali się o geniusz – nie tylko w „In The Evening”, ale przede wszystkim w „All My Love”. Pewnie, jest to straszny light, któremu brzmieniowo (bo przecież nie kompozytorsko, HELOU), jak słusznie zauważył swego czasu Igor Stefanowicz w „Teraz Rocku”, bliżej do Budki Suflera niż Led Zep sprzed 10 lat. A jednak w tej solówce klasycznej gitary, a nawet tej na syntezatorach wciąż dzieje się magia. No i melodia refrenu – no przecież to prawdziwy „heartbreaker”. Już na płaszczyźnie power balladowej ujmuje, a jeśli weźmie się pod uwagę kontekst historyczny, jakoby to był numer dedykowany zmarłemu synkowi Planta, to nawet lekki ścisk w gardle i oczach się pojawia. Sorry, can’t help that.
Tyle celnych strzałów. Reszta, poza raczej mało emocjonującym bluesiorem (chociaż wokal Planta jak zwykle w takich sytuacjach niezawodny) „I’m Gonna Crawl”, to jednak ewidentne pudła. Z ewidentnym koszmarkiem w postaci „Hot Dog”. Niby już na „Presence” Plant podrabiał Elvisa, ale tutaj to osiąga żenujący wymiar. Aż dziw, że nikt w studiu nie zareagował na odgrywanie takiego suchara, nie powiedział „ok lads, this joke isn’t funny anymore!”. Co ciekawe, akurat to jedyny numer niepodpisany przez JPJ… Trochę mniejsza cholera strzela przy także rockandrollowym „South Bound Suarez”, ale numer także raczej należy do kategorii „do zapomnienia”. „Fool In The Rain” to zdecydowanie słabsze podejście niż w „D’Yer Mak’er” do tematu reggae z dodatkową wstawką w rytmie… samby. Nie mam nic do samby, ale… Jest jeszcze „Carouselambra”, 10-minutowy kolos ze wstawką syntezatorową rodem z marzeń sennych progrockowców z lat 80tych. Niesamowite, że te bezbarwne 10 minut popełnili ci sami kolesie, którzy dekadę wcześniej w dwie minuty potrafili napakować pierdyliard kapitalnych hooków.
To nie jest najgorsze pożegnanie w historii rocka – wystarczy wspomnieć to, co odwalili Black Sabbath. Tm bardziej, że przecież są tu kapitalne momenty. Jednak znacznie więcej jest tu what-the-fuck’ów, w kontekście takiej legendy jak Led Zep wręcz kompromitujących. I tak sobie myślę, nie bez herezjii… Co by było, gdyby Bonham tego feralnego 25 września 1980 roku nie wypiłby o tego litra za dużo? Czy nagraliby coś rehabilitującego, godnego miana Ostatniej Płyty Led Zeppelin czy wręcz przeciwnie – sukcesywnie brnęliby w muzyczne szambo jak paru innych ich kolegów po fachu, którzy zapomnieli rozwiązać swe zespoły? Być może (tu będzie ta herezja) śmierć Bonhama okazała się zbawienna dla Legendy Led Zeppelin?
najlepszy moment: ALL MY LOVE
ocena: 7,5/10
