Korn – Issues
rok wydania: 1999
wydawca: Immortal
pamietam dobrze moment wydania tej plyty. nie bylo to dlugo po podjarce followtheleaderem, wiec bylem na niezlej „korn fazie” (zreszta pewnie nie tylko ja i pewnie takie bylo zamierzenie wytworni i zespolu). jakis czas przed premiera przyszedl piotr honik (pozdrawiam!) podjarany, bo „korn zaczal grac jak slayer! czaaaad!”. ba, nawet mial „dowod” na to w postaci kasety magnetofonowej z nowymi piosenkami korna (swoja droga, jakie to byly piekne czasy – jedna empetrojke sciagalo sie modemem caly dzien, po czym wypalalo ja na kaseciaka. „czaaaad!”). na tapete weszlo „wake up”. i rzeczywiscie, wejscie w piosence bylo dosyc mocne, jak dla 15latka, ktory dopiero przeistaczal sie w hejwimetala, wczesniej przerabiajac roxette, hiphop, guns n roses i blenders. ale intro rodem z piekielnych czelusci minelo i przyszla konsternacja. „ej, kto wyciszyl podklad w zwrotkach?”
konsternacja przerodzila sie w szok po kilkukrotnym zapoznaniu sie z caloscia (juz na oryginalnej kasecie). przeciez w tych zwrotkach nic sie nie dzieje, co jest? w refrenach owszem, slychac melodie, jakies pieprzniecie, czasem nawet i fajne, ale w zwrotkach cisza jak makiem zasial. dopiero solidniejsze przyswojenie pozwolilo zauwazyc, ze cos tam jednak w tych zwrotkach plumka, czasem nawet agresywniej. ale i tak jest mocno srednio. nie mowiac juz o tym, ze te wszystkie tracki sa tak schematyczne w konstrukcjach, ze dzieki nim wiadomo, kogo obwiniac za wynalazek o nazwie linkin park (wcale ten „zarzut” nieglupi po glebszym zastanowieniu – korn za sprawa „issues” znow wyznaczyl nowe trendy dla calej masci numetalowych epigonow, a linkin park wlasnie jakos w tym czasie debiutowal). innymi slowy – jesli w kontekscie „follow the leader” mowilismy o tym, ze nawet dziecko mogloby w tych piosenkach wskazac zwrotke, mostek i refren, tak z „issues” nie bedzie mialo problemow nawet lekko przygluche dziecko. skoki dynamiki sa tak wyrazne, ze az strach.
no i jeszcze druga solidna bzdura zwiazana z „Issues”. w ramach promocji materialu chlopaki mowili cos o ugh koncept albumie, o inspiracji acid rockiem, jakis pink floyd nawet. a hajlajtem bylo stwierdzenie, ze „issues” to album do sluchania po spozyciu grzybkow. coz, sa tu rzeczywiscie wplecione miniaturki jakies, jedna („am i going crazy”) jest szczerze zajebista, ale… chlopaki, zmiencie dilera, bo Wam wciska pieczarki zamiast zibenow.
okej, puenta jest taka, ze to tutaj zaczyna sie dramat Korna. byc moze dlatego, ze zbytnio pospieszyli sie z wydaniem tego materialu, bo refreny naprawde zdradzaja potencjal. na tyle udanie zenia w nich melodie z pieprznieciem, ze mozna podejrzewac, ze za mlodu sluchali nie tylko nwa i black sabbath, ale i odrobili lekcje z the beatles. wskazujac konkretnych faworytow: „let’s get this party started”, „make me bad”, „hey daddy”, „trash”. moglbym nawet sie pokusic o stwierdzenie, ze to najlepszy ze slabych albumow korna. ale blizsze prawdy bedzie stwierdzenie, ze to poczatek drogi zrownywania sie z epigonami.
(PS bonusowa plyta ma ciekawy remix „good god” popelniony przez dub pistols i kornowa wersje „jinlge bells”. mozna zwrocic uwage)
najlepszy moment: LET’S GET THIS PARTY STARTED
ocena: 7/10