rageman.pl
Muzyka

Kookaburra – Didgeridoo

rok wydania: ??

wydawca: DIY

 

od razu zaznaczam – to z boku to nie jest okladka dzisiaj omawianego wydawnictwa. skaner zepsuty, a na necie okladki brak. czemu taka a nie inna fota – juz tlumacze.

zapewne nieraz (hahahahahaha, jak ja uwielbiam wlasne dowcipy) zastanawialiscie sie, czemu sluzy tak wlasciwie ten blog. ani to o nowosciach tu nie piszemy (tudziez rzadko,  niestety z coraz wiekszym przerazeniem kontestuje ze nie ogarne juz chyba nigdy tego wszystkiego co jest aktualnie wydawane), rarytasow specjalnych dla ludzkosci tez nie odkrywam. zadnego sprofilowania na konkretny gatunek tez nie ma. o co wiec chodzi, tudziez innymi slowy: WHAT DA FUCK?

widzicie, ja osobiscie traktuje tego bloga w dwojnasob. a moze nawet i trojnasob. bo po pierwsze – ja najzwyczajniej w swiecie lubie pisac o muzyce, jaram sie takim spedzaniem czasu. na tyle, ze robilbym to nawet gdyby licznik odwiedzin wciaz oscylowalby wokol zera (choc doceniam ze ktos zaglada i raz na ruski rok skomentuje, dzieki!). tym bardziej cieszy mnie to, ze przez te lata nabralem – nie chwalac sie rzecz jasna – takiej wprawy, by tworzyc takie notki w ciagu pol godziny (co widac chyba po dosyc luzackim traktowaniu zasad gramatyki i interpunkcji). coz, chyba mozna to nawet nazwac flow’em. i got the flow, yeah. dalej – nie ukrywam, ze jestem mega podjaran postacia Scaruffi’ego, ktorego strone macie w linkach po prawej. i chociaz ja ograniczam sie tu aktualnie praktycznie do samej Muzyki, a i wciaz przesluchalem zapewne 1% tego z czym zapoznal sie, opisal i ocenil Pierro, to dla mnie jest ten blog jakas trawestacja idei tej legendarnej juz imho postaci. a dla Was? dla Was niech to bedzie cos na ksztalt wycieczki po meandrach Muzyki. przewodnik moze nie jakis ultra-kompetentny, ale stara sie jak najlepiej wykonywac swoja prace. nawet jesli byliscie w wiekszosci miejsc ktore Wam pokazuje, to tym lepiej. skonfrontujecie swoja opinie o nich z moja, a moze nawet i dowiecie sie czegos nowego dzieki backgroundowi historycznemu, ktory staram sie jak najczesciej zawrzec w notkach.

przyznaje, niektore przystanki tej naszej podrozy sa cokolwiek specyficzne. skladanki chilloutowe jakies, demowki kapel numetalowych, juz totalnie niedostepne w sprzedazy single. dzisiaj tez bedzie nietypowe. bo wlasciwie jaki jest sens oceniania plyty (demowki?) zespolu chyba juz nawet nieistniejacego, ktory tworzy muzyke dla extremalnie zawezonego kregu odbiorcow – bo chyba takim trza nazwac polskich wielbicieli didgeridoo? taki sredni. ale sprobojmy.

didgeridoo, jesli ktos jeszcze nie wie, to ten smieszny, wydrazony patyczek. patyczek szczegolnie popularny na kontynencie australijskim. wydaje to dosyc specyficzne dzwieki, ktory, tak zakladam, dla wiekszosci populacji zupelnie niczym sie nie roznia. i nie ukrywam, sam jak pierwszy raz uslyszalem je to nie wiedzialem zupelnie o co chodzi. z czasem jednak przyszla totalna, dzis juz umiarkowana zajawka. i juz wiem, ze te dzwieki sie roznia i to bardzo. wiecej – nawet juz wiem, ze wbrew temu, co moglaby sugerowac nie tak skomplikowana konstrukcja didgeridoo, cholernie ciezko wydobyc dzwiek z tego ustrojstwa. mam przyjemnosc zreszta takowe posiadac w domu i wciaz nie wiem, jak sie do niego zabrac.

w sumie ciezko cokolwiek wiecej o tej plycie napisac niz to co skrobnelismy dotychczas i danymi technicznymi: 34 minuty, 8 kompozycji, gdzieniegdzie instrumenty perkusyjne i odglosy lasu. opisywalismy kiedys plyte innego magika didgeridoo – Stephena Kenta – i tam przynajmniej byly jakies proby podjecia melodycznego watku. tu wlasciwie jest to nieobecne. dlatego ciezko nawet traktowac to wydawnictwo w kategoriach „album instrumentalisty”, tak jak solowe dokonania basistow czy nawet perkusistow. dlatego dzisiejsza ocena juz skrajnie subiektywna. tym wyzsza, ze Kookaburra to projekt obywateli 3miasta (choc parszywy last.fm tego nie wyodrebnia i nabijam statystyki jakiemus chujowym numetalom z olsztyna). wiec propsujemy.

 

najlepszy moment: CZERWONA JABŁOŃ

ocena: 7,5/10

Leave a Reply