King Crimson – Beat
rok wydania: 1982 (reedycja: 2001)
wydawca: Virgin
moi drodzy, czas wreszcie wprowadzic do naszego panteonu Legend Muzycznych Opisanych Na tym Blogu nowa postac. Karmazynowy Krol.
niektorzy zastanawiaja sie zapewne – co tak pozno? coz, prozaiczny powod – nie jestem Fanem King Crimson, cokolwiek termin „fan” oznacza w dzisiejszych czasach. pewnie, jest szacun, pojedyncze kawalki podnocza mi tetno, ale zebym kolekcjonowal plyty, wyczekiwal koncert, nowinek zwiazanych z kapela – juz nie za bardzo. w sporej mierze wynika to z mej awersji do progresywnego rocka jako gatunku. Pink Floyd uwielbiam, ale juz o Genesis, Yes czy Marillion tego samego powiedziec nie moge. nie mowiac juz o calym tym kuriozalnym nurcie zwanym neo-progressive rockiem.
z drugiej strony – trudno nie dostrzec, ze przebieg kariery KC nalezy do najciekawszych w historii muzyki popularnej. chyba nie ma drugiej takiej kapeli, ktora przez tyle dekad istnienia nie tylko nie schodzilaby ponizej pewnego, przyzwoitego poziomu, ale i wciaz potrafila zaskakiwac, redefiniowac sie na nowa, byc dalekim od odcinania kuponow. oczywiscie nalezy wziac pod poprawke dwie rzeczy – raz, ze w przeciagu tych paru dekad zespol zaliczyl apre kilkuletnich przerw; dwa – jednak takiego „Thrak”a nie ma co porownywac do „Red” chociazby. ale jednak fakt jest faktem – King Crimson nie zdziadzial i nawet w najswiezszym wydaniu jest w stanie zaintrygowac nie tylko psychofanow rocka.
nie chce tu zaczac formulowac swej opinii o dyskografii KC od herezji, ale uwazam, ze okres lat 80tych w wydaniu KC jest zdecydowanie niedocenianym etapem ich kariery. i nawet, TADAM!, wiem czemu!: bo za duzo tu melodyjnego dzemu! a przeciez gdyby brac pod uwage sam historyczny impakt, to nietrudno zauwazyc, ze trylogia z poczatku tej dekady (ktorej „Beat” jest srodkowa czescia) calkiem mocno (wspol)antycypowala brzmienie jakie opanuje cala muzyke nadchodzacych 10 lat – niezaleznie czy mowimy o Madonnie, Toto czy Miles Davisie. inteligentna przebojowosc, sterylnosc produkcji, a przede wszystkim wyraznie wybrzmiewajaca sekcja rytmiczna – tu za sprawa Bill Bruford, jednego z pierwszych uzytkownikow oslawionej perkusji Simmonsa, jak i nowego w zespole basisty Tony Levina, jednego z najbardziej wzietych muzykow sesyjnych tamtych lat. oczywiscie mozna nie lubic tego brzmienia, jednak umowmy sie, ze KC prezentowal jasniejsza strone zjawiska.
bo pomijajac sound niemal uniwersalny w tamtym okresie, KIng Crimson Wersja Ejtisowa to przede wszystkim przystepnosc, zwartosc kompozycyjna. tu, moznaby rzec, lezy pies pogrzebany – bo z jednej strony zbyt milusie to dla rockowych purystow, ale tez wpadajace w ucho dopiero jako calosc, a nie w obrebie singli czy innych pojedynczych trackow. cos jak Steely Dan. czyli klimaty tylko dla wtajemniczonych snobow. posnobujmy sie zatem, naprawde warto.
cudowny jest poczatek. partie gitarowe „Neal And Jack And Me” to nie tylko potwierdzenie klasy Roberta Frippa, ktory – jak sie okazalo – odnajduje sie takze w mniej baniojebnych kompozycjach niz „21st Century Schizoid Man”, ale przede wszystkim genialne wprowadzenie nowego nabytku kapeli, Adriana Belewa. nie tylko jako wokalisty (choc sklamalbym mowiac o jego jakims wybitnie oryginalnym spiewie), ale przede wszystkim rowniez jako gitarzysty. sa tacy, ktorzy twierdza, ze pod tym drugim wzgledem jest on jeszcze lepszy niz Fripp i zaprzeczanie temu nie jest tak oczywiste. jedzmy dalej – „Heartbeat”. encyklopedyczny przyklad nie obrazajacej inteligencji sluchacza, swietnej poprockowej ballady. „Sartori In Targier” to juz instrumentalna jazda, duchem blizsza dokonaniom z przeszlosci, ale brzmieniem skrajnie odmienna. no i to basowe intro – MOJ BOZE. klasyczne kilka sekund, az dziwne, ze nie wykorzystywane w co drugim horrorze.
dalej juz tak swietnie nie jest, moze nawet aspekt instrumentalny znacznie przewyzsza kompozycyjny, ale wiochy nie ma. „Waiting Man” zwraca glownie wokalem dosc mocno kojarzacym sie ze Stingiem. „Neurotica” zaczyna sie i konczy zgielkiem, sciana dzwieku, z ladnym, melodyjnym brejkiem w srodku. „Two Hands” est jeszcze milszy w odsluchu niz „Heartbeat”. „The Howler” akurat niczym specjalnym nie przyciaga uwagi, natomiast „Requiem” to kolejny instrumental i jedyny klasycznie brzmiacy fragment plyty (perkusja!).
krotka to plyta. ale nawet dwukrotnie wydluzona pozostawialaby niedosyt.
najlepszy moment: NEAL AND JACK AND ME
ocena: 8/10