Kaliber 44 – Księga Tajemnicza. Prolog
wydawca: SP Records
dosyc tych gitar. zapraszamy przed monitory na najblizszy czas hiphopowych zajawkowiczow.
najkontrowersyjniejsza plyta w polskim hiphopie, to bez watpienia. czy natomiast najwazniejsza, lub co gorsza najwazniejsza? hmmm…. to jest tak: po czym poznac polskiego niefana hiphopu lub po prostu ignoranta? po opinii „jesli chodzi o polski HH, to liczy sie tylko pierwszy kaliber 44” (inne dopuszczalne odpowiedzi to Fisz i „Kinematografia”).
nie jest tak, ze chce dyskredytowac ten album. zajebiscie wrecz przeciwnie. chodzi o to, ze najlepiej byloby w ogole go nie rozpatrywac w kontekscie rap muzyki, szczegolnie polskiej. nawet jesli byl on dla niego historycznie wazny, a takze inspirujacy. zwlaszcza w sferze wokalnej – posluchajcie sobie LUCa czy Napszyklat chociazby. no wlasnie – dzis najczesciej inspiracje „Ksiega Tajemnicza” slychac w bardziej awangardowych poczynaniach poslkich rymiarzy. zestawcie sobie ten album z czyms, co robi np Tede, Pezet, Łona czy Peja – nie ma porownania. znamienne sa slowa Mesa mowiacego ze owszem, K44 stworzyl jedynie oryginalny styl rapu, ale on tego rapu nie jest w stanie zniesc.
inna sprawa, ze debiut Kalibra nie jest pozbawiony wad. spojrzmy na „techniczne” aspekty calosci. takze te w najdoslowniejszym tego slowa znaczeniu – masteringowo ta plyta lezy i kwiczy, nawet jak na okolicznosci typu „Polska A.D. 1996”. samego faktu tworzenia podkladow na amidze czy innym commodorze nie ma sie co czepiac, wrecz mozna pochwalic za pomyslowe wykorzystanie tych nieodzalowanych supermaszyn, ale momentami brzmia jednak groteskowo. i jednak na tyle archaicznie, ze trudno mowic w tym kontekscie o nieustajoco swiezym brzmieniu. podobnie tyczy sie to psycho maniery rapowania (nie bedziemy tlumaczyc w czym rzecz, mam nadzieje ze kazdy wie o czym mowa). nietypowo, fajnie, ale na dluzsza mete moze to byc meczace. a czasem i brzmiace nienaturalnie- to akurat tyczy glownie dAba. dobrze, ze chlopak odnalazl wlasny styl w dalszych latach. no i najwazniejsze, czyli przekaz calosci. wiem ze mozna zlapac rozne zajawy w nastoletnim wieku, rowniez na punkcie trawy… czy tez Marii. no ale w perspektywie nawet dwudziestoparolatka jest juz w tym sproo beki. zwlaszcza ze chlopakom marihuanowa podjarka poszla w parze z jeszcze nieprzerwanym uczuciem do „Magii i Miecza”, w ktora chyba gralo co drugie dziecko wychowane w PL lat 90tych (ej, a mialby kto ochote znow pograc? mam wszystkie plansze w piwnicy, piszcie na gg). no i tez z burza hormonow – „Bierz moj miecz i masz” jednak traci lekka wioska, jakby tak sie mocniej zastanowic. chociaz… „A bo ja poloze ci na twarz moj miecz!” hehehe
to nie sa jakies wielkie wady. ale sa one najpaskudniejszego rodzaju, bo dewaluujace dzielo na przestreczni czasu. jest wielkie prawdopodobienstwo, ze gdyby ktos dzis zaczalby ogarniac dyskografie polskiego hiphopu, to nie tylko niekoniecznie wskazalby „KT.P” jako najlepszy w kontekscie gatunku, ale nawet jesli chodzi o wydawnictwa K44 (zreszta – mam podobnie). dobra, ale jednak TRZEBA tez rozkminic zalety tego albumu. ktorych jest znacznie wiecej od wad. choc, co ciekawe, z tych wad jakby sie wywodza. a bardziej po polsku mowiac – punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia. zacznijmy od klimatu calosci, tez totalnej spojnosci. psychorap usankcjonowano juz jako typowo polski twor, ale nie ma to tamto aby wzial sie zupelnie znikad. cypress hill to najoczywistszy przyklad, ale tego swego czasu sluchal w Polsce kazdy. trzeba wiec dorzucic wu-tang clan. tych na pewno panowie z k44 musieli conajmniej kojarzyc. i tak sobie mysle, ze moze obce im sa klimaty horrorcore’owe typu Insane CLown Posse, ale wydaje mi sie ze fani tego typu klimatow tez bez obaw moga siegnac po debiut rycerzy Zakonu Marii.
juz samo wykreowanie tak spojnego konceptu budzi podziw, zwlaszcza w kontekscie wieku slazakow. ale sa tu tez teksty niezwiazane z marihuanowo-wojownicza idea calosci, ktore naprawde rozkladaja dojrzaloscia. mowa o solowych trackach kazdego z czlonkow. rozrachunek dAba z byla bejbe w „To czyni mnie innym od was wszystkich”, ale przede wszystkim solowki Joki i Magika. pierwszy w „Mojej Obawie (badz a klekne)” bioracy w watpliwosc istnienie Boga, drugi w singlowym „+ i -” „dzielacy sie wrazeniami” z oczekiwania na wynik testu (HIV bodajze, podmiot liryczny nie precyzuje, ale o wyniki kartkowki raczej nie chodzi). nie ma miejsca na cynizm czy szydere, jesli ktos sproboje to zakurwie z laczka.
warto zreszta poswiecic akapicik na te dwie persony, ktore moim zdaniem zdecydowanie rzadza i dziela na tym albumie, spychajac troche mlodszego z braci Martenow na dalszy plan. porownywanie tragicznie zmarlego Magika do 2paca jest, z natury rzeczy, grubym przegieciem. niemniej nawet tak wyrazajacy swe uwielbienie zwolleniczaki Magika maja racje. facet (chlopak, tak na dobra sprawe) byl Bossem i tyle. nie trzeba znac jego biografii by wiedziec ze koles byl Artysta przez A najwieksze. Rap poeta. wiem, brzmi pretensjonalnie i w ogole, ale wprowadzmy troche dramatyzmu do tej notki. koles rozklada na lopatki lirykami, ale tez stylem rymowania. on the other hand… za hajlajt artystyczny Piotrka wole jednak uznawac „Kinematografie”. a jesli chodzi o Joke, to jego wokal chyba najlepiej wypada w takim psycho otoczeniu.
i juz by jakos zakonczyc ma mini opowiesc o tym albumie… mocno lubie sposob, w jaki ten album sie rozkreca. z apogeum rozpoczynajacym sie na „Bierz Moj Miecz i Masz” (tekst, jak wspominalismy, glupawy, ale zajebisty sampel w refrenie, no i skrecz-robota Dj Feel-X’a) a konczacym na dzizys-jak-bardzo-rozpierdalajacej „Psychodeli” z goscinnym udzialem slaskim ziomkow z 3-X-Klan (Rahim w skladzie, odpowiedzialny zreszta takze za podklad – TEN WOKAL W TLE, AAAAAAA!).
i znow przeszkadza mi tez to, ze apogeum zajebistosci nie trwa jednak przez caly album. nie wiem, moze dzis nie mam najlepszego dnia na te plyte. tym bardziej, ze slucha sie go ze wzgledu na klimat ciezko. moze trza byloby pominac przy ocenie aspekt historyczny (no bo co ma zrobic pezet czy ostr, ze urodzili sie zbyt pozno by klasc fundament pod polski HH?). moze… ale fakty sa takie ze: 1. przemaglowalem swego czasu „KT.P” wzdluz i wszerz, na tyle, by kiedys tez uwazac ten album za najlepszy w polskim rapie 2. nie mozna go nie znac, po prostu. pozycja obowiazkowa nie tylko jesli chodzi o znajomosc polskiego hh, ale bialoczerownej muzyki jako takiej 3. zajebiscie sie slucha tego, tez „po prostu”. choc niekoniecznie w odmiennym stanie swiadomosci. no chyba ze paranoiczne klimaty was nie dotycza, to sorr
najlepszy moment: MOJA OBAWA (BĄDŹ A KLĘKNĘ)
ocena: 9/10
